Info

avatar Bloguje shovel z miejscowości Tychy. Przejechałem 16903.95 kilometrów w tym 3664.05 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 20.24 km/h i mam ją głęboko w dupie ;-)
Więcej na moim www.
Polecam: Snowboard Sklep Snow4Life
Portal o treningu siłowym i funkcjonalnym mojego autorstwa


baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy shovel.bikestats.pl
Dane wyjazdu:
76.70 km 55.00 km teren
07:55 h 9.69 km/h:
Maks. pr.:55.50 km/h
Temperatura:22.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2770 m
Kalorie: kcal

Żurawnico - p.... się!

Niedziela, 1 sierpnia 2010 · dodano: 01.08.2010 | Komentarze 1

Wyjazd planowany od dłuższego czasu, ale pogoda nie pozwalała. Trasa planowana była nieco inna, wyszło jak wyszło..

track gPS

Do Andrychowa dojechałem chwilę po ósmej. Po rozpakowaniu pod PKO ruszyłem w kierunku Rzyk, gdzie pobłądziłem lekko (nie zauważylem zjazdu na czarny szlak), no ale chwilę później się odnalazłem i kontynuowałem jazdę, ups... wędrówkę pod górę. Pierwsze 500-600 metrów czarnym to pchanie - duże nachylenie, sporo luźnych kamieni, korzenie. Jako zjazd - pewnie fajny, techniczny i wymagający koncentracji.. do podjechania jednak to on nie jest.
Po tych kilkuset metrach szlak się wypłaszcza i już w przyjemniejszej formie wiedzie mnie tuż pod Groń JP2, gdzie na chwilę szlak opuszczam żeby objechać sobie singlem pod schronisko. Tam króciutka przerwa i zjazd czerwonym szlakiem w kierunku Krzeszowa... zjazd w górnej partii świetny - można szybko, jest parę technicznych miejsc, ale ogólnie - kupa frajdy i można było trochę 'przycisnąć' nawet w mokro-błotnych warunkach.
Niżej nie było już tak rewelacyjnie - dużo błota zrobiło swoje, w dodatku częścią szlaku płynął strumyczek, który w dalszym ciągu zmienił się w prawdziwą rzeczkę (jechało się środkiem tego mając wodę po pedały. Po zjeździe do Krzeszowa pojechałem na Żurawnicę, którą zaplanowałem jako część do zjechania z Beskidu Makowskiego (celem było 'zahaczenie' o 3 beskidy w jednym wyjeździe (mały, makowski, żywiecki)). Asfaltowy podjazd na osiedle pod żurawnicą już daje w kość - miejscami naprawdę stromo. Tradycyjnie szlak słabo oznakowany, przez co przegapiłem zjazd i musiałem się cofać. Po wjechaniu na czerwony szlak już po kilkunastu metrach musiałem zsiąść z roweru i prowadzić. W zasadzie z 80% drogi na żurawnicę prowadziłem / niosłem rower. byłem już wtedy na siebie wkurzony że tamtędy pojechałem, jeszcze przed tym jak zobaczyłem ostatni stromy, skalisty odcinek gdzie musiałem rower wrzucić na plecy (tak z 60 stopni nachylenia na ostatnich 30m?) OK. Wniosłem, jest nadzieja że będzie lepiej. Jest bardziej płasko... no niestety jest też bardzo bagniście. i komary, muszki - to całe latające gówno. Jeszcze w życiu w takich ilościach nie widzialem owadów, nie można było stanąć, bo wokół nas był dźwięk jakby latały w powietrzu bombowce.
Jakoś na trawersie złapałem pierwszą glebę dzisiejszego dnia, gdy profil szlaku "zniósł mnie" w dziurę, co poskutkowało OTB, nie jedynym zresztą dzisiaj. Do zjazdu na przełęcz Carchel witam się z ziemią jeszcze jeden raz, gdy zjeżdżając po kamieniach w pewnym momencie tylna opona "uślizgnęła się" na zamszonym, mokrym kamieniu.
Dalsza część jazdy podjazdowo nie była tragiczna, jednak 2 gleby w przeciągu kilkunastu minut zrobiły swoje - już trochę obolały, i nadto ostrożny zjeżdżałem dalej. nie trzeba było dlugo czekać - na stromym zjeździe pojechałem za wolno i zjeżdzając z kamieni zaliczyłem kolejne OTB - tym razem o tyle nirzpeyjemne że przyłożyłem piszczelami o kamienie. od tego momentu będę je czuć do końca wycieczki.
Dalszy ciąg to kolejne 2, mniejsze gleby, w zasadzie jedno to nie była gleba a drzewo, które swoimi gałęziami zrzuciło mnie z siodła.

ogólnie, szlak zielony, z Żurawnicy do Suchej w dzisiejszych warunkach (mokro po tygodniue ulew) nie nadawał się za bardzo do jazdy. Praktycznie na całej długości opony topiły się na 5 cm w błocie / ściółce, a podczas zjazdu przy hamowaniu zsuwało się podłoże ze sobą. "Na sucho" byłby to dobry, dośc techniczny odcinek, ale "na mokro" - prawdziwa katorga
OK, zjechałem w końcu do Suchej Beskidzkiej, (a właściwie nie takiej bez Kickiej, bo po drodze widziałem sporo zająców w lesie), gdzie tradycyjnie nie umiałem znaleźć szlaku prowadzącego na Przyslop, a jak już go znalazłem to okazało się że mogłem go jeszcze nie szukać - spory kawał prowadzenia po zabłotnionej, zatrawionej łące (nachylenie w okolicach 30 stopni), a po jakimś czasie szlak się łączy z drogą asfaltową, którą można było spokojnie tam wjechać, aż do cześci oznaczonej jako wspólny szlak czerwony / rowerowy (okolice dz. Podksięże). No cóż - na błedach się czlowiek uczy... dalsza częśc już przyjemniejsza. Trasa przejezdna, trochę zabłocona i śliska, ale dało się jechać.
Po drodze spokalem GOPR'owca, który mówił jak go wkurzają motocykliści jeżdżący po szlakach itp, i namawiajacy mnie do zjechania do zawoji na nocleg... może kiedyś?
W Przysłopiu, przy wydatnej pomocy sklepikarki gdzie kupowałem wodę, po raz kolejny pomyliłem szlak - zamiast zjeżdżać czerwonym i wbijać na pomarańczowy na pasmo jałowca, ja się cofnęłem ok 1,6 km, a jak się zorientowałem że sie pomylilem, nie chciało m isię już tracić strconej wysokości i pojechałem niebieskim szlakiem do Stryszawy i dalej do Krzeszowa. Stamtąd zdecydowalem się ruszyć zielonym na Łamaną Skałę. Pierwszy odcinek dość przyjemny, mimo ogromnego już wtedy zmęczenia (ta Żurawnica naprawdę mnie sporo kosztowała) dało się jechać. Po przeprawie przez strumyk przy asfaltowej części zielonego na Łamaną trochę się zamoczyłem - wysoki poziom wody i brak jakiegokolwiek mostka wymusił małą stopo-kąpiel ;-) zaczął sie właściwy podjazd pod Łamaną. najpierw trocę terenem / asfaltem (przejezdne), a później niestety pchanie po rumowisku. Nawwet na sucho nie ma tam specjalnie szans na wjechanie - stromo, bardzo dużo luźnyc jkamieni wielkości pięści, gdzieniegdzie korzenie.
Ogólnie od połowy tego odcinka "pchającego" na zielonym zaczeła się walka z psychiką, która mówiła że pierdzieli to wszystko, i chce do domu, a najlepiej to w ogóle siąść w miejscu i wszystko olać.
Jakoś udało mi się dopchać do wyrównania terenu, dalej już w miarę dało się jechać do skrzyżowania zielonego z czerwonym... w życiu nie sądziłem że tak się ucieszę na widok tych czerwonych oznakowań:) Dalsza część - mocno bagnista - przebiegła bez większych przygód, jednak zmęczenie i ból nadgarstków i dupska zmusił mnie do zjazdu z kocierskiej asfaltem, zamiast terenowego zielonym szlakiem.. może będzie jeszcze okazja;)

Ogólnie wyjazdu nie mogę zaliczyć do udanych. Pchanie roweru ejst zdecydowanie bardziej męczące niż jazda na nim, a w sumie kilka kilometrów go w ten sposób transportowałem. ale to moja wina - za bardzo kierowałem się oznaczeniami szlaków, a za mało instynktem samozachowawczym - powinienem więcej używać asfaltu do podjazdów :)
o dziwo nie padało...

suma podjazdów realnie większa niż na tracku, podobnie jak i trasa dłuższa - everytrail ma ograniczenie ilości punktów wczytywanych, stąd różnice...
Kategoria 50-100 km, gps, samemu, góry



Komentarze
k4r3l | 09:54 poniedziałek, 9 sierpnia 2010 | linkuj heh, no za trasę naprawdę rispekta się należy, bo to że było ona wymagająca to mało powiedziane :) no ale tak to już jest z nieznanymi szlakami - trzeba się liczyć z tym, że przyjemność z jazdy może zostać brutalnie zastąpiona bikewalking'iem:)
Komentuj

Imię: Zaloguj się · Zarejestruj się!

Wpisz trzy pierwsze znaki ze słowa emwog
Można używać znaczników: [b][/b] i [url=][/url]