Info

avatar Bloguje shovel z miejscowości Tychy. Przejechałem 16903.95 kilometrów w tym 3664.05 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 20.24 km/h i mam ją głęboko w dupie ;-)
Więcej na moim www.
Polecam: Snowboard Sklep Snow4Life
Portal o treningu siłowym i funkcjonalnym mojego autorstwa


baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy shovel.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w kategorii

samemu

Dystans całkowity:4142.75 km (w terenie 1246.14 km; 30.08%)
Czas w ruchu:201:42
Średnia prędkość:20.00 km/h
Maksymalna prędkość:64.50 km/h
Suma podjazdów:30879 m
Maks. tętno maksymalne:177 (90 %)
Maks. tętno średnie:140 (71 %)
Suma kalorii:9011 kcal
Liczba aktywności:141
Średnio na aktywność:29.38 km i 1h 29m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
48.93 km 30.00 km teren
04:03 h 12.08 km/h:
Maks. pr.:53.30 km/h
Temperatura:14.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2008 m
Kalorie: kcal

wymarzony koniec października

Sobota, 30 października 2010 · dodano: 30.10.2010 | Komentarze 1

Prawie epickie zakończenie października.
Dość późno ruszyłem - ok. 11 z Targanic - zatrzymały mnie korki przycmentarne.
Ruszyłem na przełęcz Beskid, później zielonym szlakiem na Palenicę.
Po chwilowym wypychu na początku - po odbiciu z asfaltu - dalszy ciąg to już jazda 100% w siodle. Świetny flow, masa przyjemności... po drodze spotkałem grupkę rowerzystów na których później trafiłem jeszcze raz pod Żarem - będących tam już na skraju wyczerpania ;-).


widok z przełęczy


tam jadę... ten śnieg wygląda mało zachęcająco


poza początkowym wypychem zielony szlak jest w 100% przejezdny

Na Palenicy szybkie założenie ochraniaczy i zjazd - może nie było mega-szybko, ale jechało mi się dobrze :) Stała prędkośc 20-30 km/h, sprawne zmienianie strony rynny.. No poza ostatnim fragmentem, gdzie "moją ścieżkę' zajął wpychający bike'a rowerzysta z Kęt. Zamieniliśmy kilka słów i pojechałem dalej.

Spod Palenicy ruszyłem asfaltem wzdłuż jeziora, aby po kilku minutach zmierzyć się z moim ubiegłotygodniowym ciemiężcą - asfaltowym podjazdem na Żar, który dzisiaj poszedł mi dosyć sprawnie - do odbicia na czerwony szlak podjazd zajął mi około 30 minut, i miejsce ubiegłotygodniowej prędkości 6-8 km/h zajęła bardziej akceptowalna 10-15 km/h.

Po objechaniu Kiczery "dołem" (wiem - widoki przednie, ale ten wypych... podziękuję) jechałem dalej czerwonym. Początkowo miejscami pojawiał się snieg, później - w okolicach Wielkiej Cisowej Grapy - zrobiło się go więcej.


zima zaczyna pokazywać zęby

Pod Kocierzem spotkałem znowu rowerzystę z Kęt, który na swoim całkowitym sztywniaku i na cieniutkich jak palec oponach pokonywał bardzo podobną trasę do mojej, jednak w przeciwnym kierunku (pozdrawiam)

Na Kocierzy parę fotek... widok na Tatry (nie spodziewałem się) i jazda w dół... nie tym szlakiem.Zamiast jechać czerwonym na przełęcz, zjechałem drogą zwózkową do Wielkiej Puszczy - i był to dosyć szybki zjazd:) w jednym miejscu gdzie było 'nawalone" zwalonych drzew przez ciągłe podskoki mimo trzymania (kiedy się dało) hamulców prędkośc i tak wzrosła powyżej 40 km/h


widok na Tatry - z Kocierzy ich jeszcze nie widziałem...

Po zjeździe decyzja - wracam na szlak. Ponowny podjazd na przełęcz Beskid Targanicki i wjazd zielonym szlakiem na Kocierz. Tutaj mi poszło trochę gorzej niż w ubiegłym tygodniu i zaliczyłem ok 50 metrowe pchanie. Trudno
Koło SPa tym razem bez postoju. Szybki przejazd szlakiem do asfaltu, po drodze zagapiłem się i wpakowałem się w leżące pnie - udało się co prawda je przeskoczyć, ale jakiś koniec chyba przywalił mi w przerzutkę i ją conieco skrzywił... jutro sprawdzę.

Dalej do Potrójnej poszło dość sprawnie - udało się dojechać w jakieś 30 minut jazdy, z jedną gleba na podjeździe - nie udało mi się wypiąć z spdka, przyglebiłem i... nie mogłem uwierzyć własnym oczom - bloki zostały w pedale.
Miałem co prawda wcześniej problemy z wypinaniem się z tych pedałów ale tego się nie spodziewalem...

na Potrójnej próba wyciągnięcia i ponownego założenia bloku - niestety średnio udana, bo przykręcony na jednej śrubie blok został w pedale już po 500 metrach (znowu nie umiałem się wypiąć - mimo znacznego "popuszczenia" sprężyny!


Tatry z Potrójnej


ostatnie promienie zachodzącego słońca

Ogólnie to w tym miejscu trwał już wyścig z czasem - zależało mi na tym, żeby zjechać póki będzie jeszcze widno.
Płaski odcinek szlaku żółtego do Jawornicy jest mocno zabłotniony i nieciekawy. Szczerze mówiąc zastanawiałem się nad zawróceniem, ale...
... ale od momentu w którym zaczął się zjazd, już o tym nie myślałem.
Jest stromo, dość trudno... jest świetnie!
Jadąc "na jednej nodze" nie mogłem sobie niestety na nic pozwolić - prawa noga ślizgała się po pedale, skutecznie utrudniając kierowanie rowerem i balans. mimo to było fajnie.
Szlak początkowo to szeroka droga, która po jakimś czasie zmienia się w rynnę ze ścieżką po boku. Na ścieżce są drzewa i korzenie, a w rynnie - kamienie, i nawet chyba jakaś sekcja ze skałkami. Nachylenie zjazdu to takie stałe 30% - wystarczające żebym "dał popalić" moim hamulcom (starałem się nie jechać za szybko), bo przednia tarcza (203 mm) mi się lekko zwichrowała od przegrzania (mimo że przystanąłem w połowie dla schłodzenia).
Ale ogólnie... muszę tu wrócić bo zjazd ma potencjał.

polecam

v-max teren 48,2 km/h
Track GPS



Dane wyjazdu:
48.40 km 33.00 km teren
04:47 h 10.12 km/h:
Maks. pr.:53.10 km/h
Temperatura:12.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2120 m
Kalorie: kcal

Jesienny Beskid Mały

Sobota, 23 października 2010 · dodano: 23.10.2010 | Komentarze 5

Korzystając z "pięknych okoliczności przyrody" wybrałem się na cotygodniowy wypad w góry. Do samego końca miałem dylemat gdzie jechać - w końcu na niedzielę już byłem umówiony na objazd Beskidu Małego, ale rzut oka na kamerkę on-line zlokalizowaną na szyndzielni uświadomił mi, że Beskid Śląski, i ogólnie górki wyższe niż 1000 m npm to nienajlepszy pomysł.

Wybrałem więc trasę w rzadziej przeze mnie odwiedzanej części "Małego" - w grupie Magurki Wilkowickiej oraz w obrębie masywu góry Żar.

Z Międzybrodzia Kobiernickiego wystartowałem koło 10tej, dość późno - ale szczerze mówiąc, nie miałem siły się wywlec z auta. Pierwsze kilometry podjazdu to ciągłe przerwy - to telefon, to walka ze strzelającymi pedałami (swoją drogą, dalej nie wiem czemu strzelają). W międzyczasie zdecydowałem się wrzucić słuchawki na uszy, i "uraczyć" się muzyką. Dobre rozwiązanie na podjazd - poszedł wyjątkowo sprawnie, chociaż może niezbyt szybko (~ pół godziny jazdy), ale trzeba brać pod uwagę że moje opony poprzednio jeździły w ciągniku rolniczym... 2,4 przód/tył na ciśnieniu ~2 atmosfery to nie jest zbyt przyjazny zestaw na asfalt:)

Koło schroniska na Hrobaczej MASA liści. tego sie nie da opisać... spadło tam ich może pół metra? z perspektywy czasu żałuję że się nie zatrzymałem, ale tak dobrze mi się jechało...
Czerwonym w kierunku Gaików tym razem jechało się bardzo przyjemnie. Jeden krótki wypych, umiarkowana ilość błota. Ilość liści pozwalała na bezpieczną jazdę:)

miejsce do "podpychania

Przed Gaikami odbiłem na niebieski szlak prowadzący na przełęcz Przegibek. Krótka foto-pauza, obniżenie siodła i w drogę.
Tutaj szlak był już bardziej nieprzewidywalny. miejscami dywan liści tak równo pokrywał całość, że trudno było wyczuć gdzie akurat idzie "rynna", i co się czai pod spodem.

widoczek spod Gaików

Po zjechaniu na przełęcz Przegibek zdecydowałem się "zgubić" jeszcze parę metrów wysokości i spróbować podjazdu na Magurę zielonym szlakiem od strony Straconki.
Szlak przy dobrej kondycji jest do podjechania w całości, na fullu na 100%, na hardtailu - jeśli się będzie wybierało dobrą linię przejazdu. Ja podprowadzałem tam może 5 metrów, jak zrzuciło mnie z siodła i nie miałem gdzie wystartować.


zielony szlak ze Straconki]

Na Magurce - zatrzęsienie myśliwych. Jakieś polowanie sobie urządzili? Szkoda tylko że samymi ciężkimi terenówkami się "bujali" po okolicy..

Od Magurki do Czupla była strefa śneigowo-błotna. Niebieski szlak po prostu "spływał" wodą pośniegową... masa błota, bagna, mało przyjemności z jazdy. Po kilkuset metrach wyglądałem już jakbym wskoczył do jakiejś błotnej mazi i się cały wytaplał.
Na szczęście na tym odcinku chwilowo poprawiła się widoczność, co umożliwiło wykonanie kilku fotek.


Widoki "spod Czupla" - na Hrobaczą...


...jezioro Międzybrodzkie oraz skraje pasma Leskowca...


oraz na Żar wraz z chowającym się za nim masywem Palenicy

Dalszy ciąg to omyłkowy zjazd niebieskim szlakiem. miałem jechać czerwonym / żółytym / zielonym ale pomyliłem oznaczenia.
Szlak do Suchego Wierchu jest całkiem fajny, później się robi... zdecydowanie nieprzyjemny. Ostre koryta zwózkowe przykryte grubą warstwą liści, małe możliwości objazdu tego rynsztoku.
Udało mi się tym razem zjechać najtrudniejsze fragmenty tylko po to, żeby przyglebić kilkaset metrów dalej, w kolejnej rynnie - o tyle niefartownie że chciałem stanąć i poprawić okulary, wypinałem nogę z SPD do podpórki i... dupa. nie wypięła się. Za to straciłem równowagę i przyglebilem traktując udo z jednej strony kamieniami, a z drugiej - wykręconą kierownicą. Ból niemiłosierny - do teraz mam w tym miejscu grubą na 1,5 cm bułę :/

Po zjechaniu z niebieskiego BARDZO ucieszyłem się na widok asfaltu. stanąłem na chwilę dając odpocząć rękom, w międzyczasie patrząc się na... zupełnie wyczilautowaną krowę


Milka Chill Out

W Czernichowie przy obmyślaniu planu dalszej wycieczki miła rozmowa z "lokalsem", który odradził mi prób wjazdu niebieskim szlakiem na Jaworzynę (dzięki Ci), i zasugerował żeby jednak jechać od strony Żaru i wykorzystać asfalt.
Powiem szczerze - to był dla mnie najgorszy podjazd w tym roku. Z jednej strony już trochę zmęczony, z drugiej - obolały, bo ból nogi nie ustępował, a z trzeciej - na dobrym asfalcie opony tak pięknie się wgryzały w podłoże, że pozbawiały mnie siły do jazdy. W efekcie podjazd na Żar zajął mi blisko godzinę, w większości jadąc "z młynka".
Tuż przed zbiornikiem odbiłem w kierunku czerwonego szlaku, którym jednak nie pojechałem - skróciłem sobie odrobinę drogę, dając odpocząć nogom (pominęłem trawersem Kiczerę). Po jakimś czasie zaczęło mi się jechać znowu lepiej... po południu jesienny krajobraz dodatkowo urozmaicało fajne światło, wic było na co popatrzeć.
W którymś momencie ze zmęczenia / roztargnienia zsiadając z roweru przy tabliczce informacyjnej zapomniałem się rozejrzeć czy mam gdzie zsiadać. Efekt - gleba - ~2 metrowy lot w urwisko (tak tak, zsiadłem prosto w "otchłań" + parę metrów turlania się... na szczęście nic się nie stało - gleba zamortyzowała upadek :)
Nie robiłem na tym odcinku fotek.. nie chciało mi się.
Czerwony szlak swoją drogą musiał być niedawno na nowo znakowany - świetne oznaczenia. Brawo dla okolicznego PTTK.
A i gdzieś na trawersie Cisowej Grapy.. jest fajna sekcja skalna na singlu, niestety ja tam musiałem się wypychać, ale z drugiej strony musi być całkiem ciekawym urozmaiceniem. Muszę tam wrócić w przyszłym roku:)

Przy Cisowej odbiłem na niebieski szlak w kierunku Jaworzyny - w planie przejechany do końca, aby zobaczyć jak wygląda to, czym miałem z Kubą zjechać pod koniec sierpnia.
Szlak jest świetny - do podjechania praktycznie w 100%, nawet w takich dzisiejszych, dość mokrych warunkach. Ciekawe widoki na Żar z tej mniej popularnej strony...


niebieski szlak na jaworzynę


zgaduj zgadula - co pod liśćmi hula?


widok na Żar z Jaworzyny


i na jeziorko poniżej:-)

Po kilkuset metrach od Jaworzyny dojeżdżamy do rozwidlenia żółty/ niebieski szlak. Łatwo przeoczyć.
Od tego miejsca szlak staje się mniej przyemny - przynajmniej z taką liściastą ściółką, bo nie bardzo wiadomo po czym się jedzie.
Głównie jest to typowa "zwózka", sporo kamieni, koryto. Szczerze mówiąc żółty szlak jest dużo przyjemniejszy do zjazdu, jednak niebieski oferował dzisiaj piękne kolory "w zamian" za niedogodności zjazdowe...


ze zdjęciem nie było nic robione - takie kolorki miały drzewa

dla zainteresowanych jeszcze tradycyjny track gps oraz profil trasy.



Dane wyjazdu:
45.30 km 38.00 km teren
04:25 h 10.26 km/h:
Maks. pr.:53.20 km/h
Temperatura:15.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2152 m
Kalorie: kcal

Barania Góra z Szczyrku przez Klimczok

Sobota, 18 września 2010 · dodano: 19.09.2010 | Komentarze 6

W końcu udało mi się zrealizować parę moich "małych celów" w Beskidzie Śląskim - zjechać czerwonym z siodła Klimczoka na Karkoszczonkę (tym razem się nie zgubiłem), przejechać ponownie trawers Beskidu idący czerwonym szlakiem, oraz - co chyba najważniejsze - zdobyć Baranią Górę.
track gps
Ze Szczyrku ruszyłem stosunkowo późno, bo około 10, co przełożyło się na późniejsze "gonienie", bo wiedziałem że od Skrzycznego Baranią będa atakować K4r3l z dziewczyną. Miałem nadzieję złapać ich w okolicy Malinowskiej Skały, niestety - nie udało się, i spotkałem się z nimi dopiero na Baraniej.
Ale nie uprzedzajmy faktów...
Podjazd na Magurę poszedł mi zdecydowanie lepiej niż dnia poprzedniego. Przyzwyczaiłem się już trochę do roweru, poza tym nawet te piątkowe kilkanaście kilometrów w górach trochę mnie rozruszało po blisko miesięcznej bezczynności.
Po zdobyciu Magury szybko zjechałem do siodła Klimczoka i od razu skierowałem się na czerwony szlak, tym razem uważnie patrząc na znaki aby go nie zgubić... okazało się że go po prostu przegapiłem - czerwony odchodzi w prawo wąskim singlem przez trawy,a w piątek pojechałem prosto w dół.
Sam ten odcinek singlowy był dla mnie średnio przyjemny. Było ok, do momentu kiedy nie zatrzymałem się aby zrobić parę fotek - przez kolejnych kilkadziesiąt metrów nie umiałem wsiąść na rower i nabrać tempa, bo szlak prowadzi po korzeniach wyciętych drzew, których pokonanie wymaga nabrania jakiejś prędkości...
po wjeździe w las było przez chwilę przyjemnie, po czym szlak zmienia się w koryto zwózkowe - najlepiej objechać lewą stroną po korzeniach - całkiem przyjemny zjazd.
Na Karkoszczonce zatrzymałem się na herbatę i uzupełnienie wody, której jakoś wyjątkowo mało zabrałem tym razem(podobnie jak i jedzenia).
Dalsza część na Salmopol minęła całkiem przyjemnie. Czerwony trawers odbijający przed Beskidem to jeden z fajniejszych singli w tej części Beskidu Śląskiego", niezbyt wymagający, przyjemny... Dość trudny na trasie jest podjazd na Kotarz, ale ogólnie udało mi się pokonać odcinek do przełęczy Salmopolskiej w 100% w siodle, chociaż niektóe podjazdy musiałem brać "na kilka razy" bo nie wyrabiałem kondycyjnie.
Przy okazji okazało się że Canyon w połączeniu z Talasem z możliwością skrócenia skoku do 110 mm rewelacyjnie podjeżdża, i jedyne co ogranicza możliwości terenowe tego roweru to moja kondycja..
Na Salmopol dotarłem po ok 1,5 godzinie, krótka przerwa na placki i wjazd na Malinów. Znowu - masakra, ciężko było jechać, ale wolałem jechać niż pchać... może z 20 metrów musiałem "cisnąć" ale ogólnie i tak jestem z siebie zadowolony.
Od tego miejsca w sumie szlak staje się trochę nudny - tylko kamienie, cały czas praktycznie otwarta przestrzeń i takie w sumie... nudy. W pamięc mi zapadła w zasadzie tylko jakaś kałuża, koło której chciałem przejechać a wbiłem się w mega-głębokie błoto i udało mi się "zamknąć" przedni amor...
kolejne ciekawsze miejsce to Zielony Kopiec. Dość trudny podjazd, stromy i kamienisty. W jednym miejscu (na fotce) skapitulowałem i prowadziłem kilkadziesiąt metrów.
Na Magurkę Wiślańską też podjeżdżało się dość trudno, ale z tego co pamiętam udało się ją zrobić "w siodle"... Ostatni zjazd i Barania... no co tu dużo gadać - rejon wygląda jak miejsce katastrofy ekologicznej. uschnięte drzewa, jakieś chore rośliny... no smutny widok generalnie.
Sam szlak na Baranią był zawalony drzewami, gdzie trzeba było przenosić rower. Ostatni męczący podjazd na szczyt... no i w końcu satysfakcja ze zdobycia. Na wieży widokowej spotkanie K4r3la z dziewczyną, podziwianie widoków... ale nie za długie, bo wiało zimnym wiatrem :)
Pamiątkowe foto i powrót..
Ja swoim zwyczajem pomyliłem szlak, zaczęłem zjeżdżać niebieskim do Wisły, na szczęście zostałem szybko przywołany do porządku :) Swoją drogą to zabawne że nie zorientowałem się że nie podjeżdżałem po żadnej ściance i chciałem dalej jechać tamtędy :P
Ogółem zjazd i podjazd na Magurkę Radziechowską minął na rozmowach i cykaniu paru pamiątkowych fotek.
Po rozdzieleniu dojechałem do szczyty Gaiki, gdzie zdecydowałem się odbić jednak żółtym w dół i na drogę biegnącą poniżej Malinowskiej Skały i Malinowa na Salmopol. Nie miałem już za wiele czasu, a słońce już chyliło się ku zachodowi.
Po parudziesięciu minutach byłem już na Salmopolskiej, gdzie z wielkim żalem skierowałem się na żółty szlak, jako jedyny który choć w części prowadzi terenem z tego miejsca...
no - co tu dużo gadać, długi to ten zjazd "W terenie" nie był, ale nawet miejscami dosyć trudny :) Dobre zwieńczenie dnia.
Po chwili byłem już przy samochodzie, otrzepywanie błota i do domu...
dist: 45.3, v-max teren 49.1 km/h, przewyższenia - 2152 metry.


Widok z podjazdu na Magurkę... zapowiadała się niezła pogoda :-)

czerwony szlak z Klimczoka na przełęcz Karkoszczonkę.. Byłoby nieźle, gdybym się nie zatrzymał na fotki:-)

i jeszcze jedno spojrzenie na czerwony - część niekorzenista:)

a tutaj już czerwony szlak trawersujący szczyt Beskidu... polecam!

rzut okiem "za siebie" - a tam Skrzyczne :)

fragment na Zielony Kopiec dość trudny do podjechania - na upartego da się, ale ja podchodziłem

panorama na Beskid Żywiecki

A tutaj już widok na Beskid Mały i Makowski...

Okolice Baraniej Góry - można doła złapać od samych widoków...

Ostatnie opady i wiatry zafundowały na trasie też "parę" urozmaiceń.

Widok z Baraniej Góry na Beskid Żywiecki..

.. i pamiątkowa fotka z K4r3l'em :)

Zjazd z Baraniej - K4r3l z dziewczyną "dostają po rękach" ;-)

mi się zjeżdżało trochę wygodniej :)

Canyon na tle Wisły


Dane wyjazdu:
12.80 km 8.00 km teren
01:15 h 10.24 km/h:
Maks. pr.:49.80 km/h
Temperatura:13.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:720 m
Kalorie: kcal

obiad na klimczoku

Piątek, 17 września 2010 · dodano: 17.09.2010 | Komentarze 4

Do końca się wahałem czy jechać w te góry czy nie... w końcu pojechałem.
Stwierdzilem że spróbuję zjechać czerwonym szlakiem na przełęcz Karkoszczonkę...
do Szczyrku dojechałem dopiero po 12tej, i pierwsze kilometry podjazdu asfaltem nie szły mi zbyt dobrze. pierwszy raz taki podjazd na nowym bike'u, grube opony (2,4 p/t) no i zbyt ciepłe ubranie - w szczególności spodnie - dawały się we znaki. na szczęście asfalt nie ciągnie się wiecznie, i kiedy tylko się skończył jazda zaczęła mi sprawiać prawdziwą frajde. jednak do tego są fulle stworzone, a nie do wgryzania się w beton...
wraz ze wzrostem wysokości rosła wilgotność, a na wysokości ok. 900 metrów wjeżdżało się w chmurę i strefę opadów.
Trochę przemoczony podjechałem do mojego ulubionego schroniska w tej cześci gór - na Klimczoku - gdzie zjadłem solidny obiadek (gulasz w zestawie - polecam!) i skąd ruszyłem w dalszą drogę...
niestety, czerwony szlak zgubiłem już po przejechaniu kilkudziesięciu metrów i zjechałem praktycznie 'na kreskę" drogami/korytami zwózkowymi do zielonego szlaku prowadzącego do Szczyrku...
jako że walczę z przeziębieniem, pogoda nie była zbytnio sprzyjająca, a dodatkowo droga powrotna niemal na pewno równałaby się pchaniu roweru, zdecydowałem się wrócić już do domu po tej krótkiej przejażdżce...
parę fotek
i track gps











Dane wyjazdu:
9.67 km 6.50 km teren
00:23 h 25.23 km/h:
Maks. pr.:44.20 km/h
Temperatura:22.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:130 m
Kalorie: kcal

w trupa

Poniedziałek, 23 sierpnia 2010 · dodano: 25.08.2010 | Komentarze 0

podjazd pod klimont, początkowo - kawałek w terenie, później zjazd w terenie.
Podjazd na zasadzie "pójść w trupa" czyli blat i pod górę ile fabryka dała. na ostatnim wystromieniu musiałem skapitulować i zwolniłem do 20 km/h....

zjazd z Góry Klimont terenem obecnie z jakiejkolwiek strony by się nie zabrać jest marny. wszystko pozarastane, do tego sporo piasku... nic szczególnego.
Kategoria 0-50 km, samemu


Dane wyjazdu:
13.43 km 1.00 km teren
00:30 h 26.86 km/h:
Maks. pr.:40.80 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal

krótko po mieście

Piątek, 20 sierpnia 2010 · dodano: 25.08.2010 | Komentarze 0

krótki wyjazd do samochodu, który mi się popsuł w centrum miasta.
Kategoria 0-50 km, samemu


Dane wyjazdu:
72.30 km 50.00 km teren
07:14 h 10.00 km/h:
Maks. pr.:46.80 km/h
Temperatura:22.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2826 m
Kalorie: kcal

Beskid Mały - dokończenie

Niedziela, 8 sierpnia 2010 · dodano: 08.08.2010 | Komentarze 6

Wyjazd mający na celu dokończenie zdobywania najważniejszych szczytów Beskidu Małego. Wszystko poszło zgodnie z planem :-)
Trasa szczegółowo w Tracku, najważniejsze poniżej:
Kobiernice - Hrobacza Łąka - Groniczki(czerwonym) - Gaiki - Przegibek - MAgurka - Czupel - Rogacz - Suchy Wierch - Czernichów(niebieskim) - Tresna - Łękawica - Łysina (asfaltem) - Sciszków Groń - Płonne - Kucówki - Gibasów Wierch - Łamana Skała (zielonym) Potrójna - Roczenka - Przełęcz Kocierska (czerwonym) - Cyganka - Przełęcz Beskid - Jarosówka - Bukowski Groń - Palenica - Porąbka - Kobiernice

uff. w tracku GPS wygląda to tak ;-)

Wyprawa ogólnie bardzo udana. Podjazd na Hrobaczą asfaltem mnie "rozgrzał", swoją drogą na samym końcu, tuż przed schroniskiem wyprzedził mnie jakiś Pan na magnumie, w dodatku z lekkim brzuszkiem ;-) no ale pewnie on nie miał w planie całego dnia na rowerze.
Dalsza jazda czerwonym na Groniczki była w zasadzie bez przeszkód, nie licząc dużej ilosci kamieni i koniecznego wprowadzania na ok 50 metrowym fragmencie, gdzie spotkałem kolejnego rowerzystę, tym razem na fullu :) Puściłem go przodem bo mi się coś źle jechało na tych kamieniach... na rozjeździe czerwony/niebieski z ciekawości sprawdzilem ciśnienie w amorze i wszystko było jasne - jakimś cudem z komory pozytywnej uciekło mi 30 psi przez co amor mi się mocno "zapadał".
Szybkie pompowanie i jazda niebieskim - zjazd do przełęczy jak najbardziej ok, dość kamienisty ale w końcu to beskidy, natomiast tak po 300-400 metrach jazdy w mękach niebieskim na magurkę czeka nas drugie tyle pchania / niesienia, bo szlak jest totalnie nieprzejezdny w górę.
Po tym odcinku jest już lepiej. Do schroniska dojazd jest na dalszym odcinku bezproblemowy, od schroniska do Rogacza jest całkiem przyzwoicie. Od Rogacza zjazd niebieskim jest fatalny. rynna, w środku rynsztok kamienisto-gałęziasty. Efekt zwózek i ostatnich deszczy - naprawdę szkoda się męczyć zjeżdżając tędy, bo frajdy to nie dawało żadnej. Przynajmniej nie na hard tailu.
W jednym miejscu musiałem zejść i sprowadzić kilkadziesiat metrów, bo przy nachyleniu 40-50% stopni mieliśmy postać rynny "spychającej" czyli niezależnie jakbyś nie próbował jechać i tak trafisz do tego barłogu na środku, a ja nie chciałem ryzykować gleby.
Od Czernichowa asfaltowy przejazd aż do zjazdu w kierunku Łysiny. Fajne widoczki, trasa dość dobra choć ruchliwa... no i terochę górek po drodze.
Podjazd na łysinę męczący, monotonny, i dający w kość - jest chyba trochę stromiej niż na Hrobaczej, asfalt jest co prawda dobry, ale "idzie ciężko" :-P
Na Łysinie otwarty był sklep. Zaopatrzony (poza piwami) biednie, kupiłem tam tylko 7 daysy i tymbarka, bo nic innego nie mieli do picia

Od Łysiny świetnie oznakowanym zielonym w kierunku Łamanej Skały. Doskonały szlak na rower - w 99% przejezdny, bez ciągłego "dywanu kamiennego" - jechało się przyjemnie, relaksująco, o to chyba chodzi. W miarę zliżania do Łamanej Skały robiło się jednak coraz trudniej, na ostatnim kilometrze było trochę prowadzenia, ale bez tragedii.
Czerwony od Łamanej przez Potrójną do Kocierskiej jest dosyć łatwy i przyjemny, jednak masakrycznie zabagniony.
Na potrójnej już tradycyjnie zatrzymałem się w tej nowej chatce, prowadzonej przez dwójkę młodych ludzi. Fajny klimat, niedrogo (jak na te wysokości), a i pozwolili sobie jajecznice usmażyć :)

Na przełęczy Kocierskiej początkowo popełniłem błąd i zjechałem zielonym w lewo, ale po chwili się zorientowałem i wróciłem ;-) po czym pojechałem w dobrym kierunku. Zielony na przełęcz beskid w początkowym biegu jest szeroki jak autostrada, i w zasadzie można tam całkiem nieźle się rozpędzić, w dalszej części jest trochę węższy i trudniejszy, ale w dalszym ciągu w 100% zjezdny. Nie pamiętam też żeby tam było coś do podprowadzania.
Po przejechaniu przez przełęcz Beskid zielony wspina się dość mocno na kolejne pasmo Beskidu małego. W zasadzie nie ma szans na podjazd i pierwsze 500 metrów trzeba prowadzić. Dalej jest już lepiej, a nawet dużo lepiej, bo kolejne kilka kilometrów można pokonać bez zsiadania. Zjazd z zielonego jednak, zgodnie z tym co się spodziewałem nie był najłatwiejszy. Stromo, w dodatku na długim odcinku znowu jedziemy rynną, stromą i wyładowaną kamieniami i klockami drzewa. W jednym miejscu "było blisko" do gleby, bo za szybko wjechałem w tą rynnę i nie miałem jak zwolnić, co chwilę tylko przeskakiwałem kolejne "ciekawostki" .. ogólnie, trudny fragment.
Dalszy zjazd asfaltem bez wydarzeń szczególnych ;-)

Tym razem więcej fotek:

początek jazdy - foto-pauza na podjeździe na Hrobaczą

Czerwony z Hrobaczej. "piękny" kamienisty dywan

miejsce gdzie nie da się podjechać - jakieś 20-25 stopni nachylenia + luźne kamienie + piach.

Niebieski na Magurkę. Pchanie / noszenie na odcinku ok 400 m

fragment graniowy niebieskiego, z magurki na Czupel. Bardzo przyjemny

widok na zaporę ;-)

a tam zaczynałem wyprawę

zjazd niebieskim. Do tego koryta ściągało z każdej możliwej strony..

Widok z Łysiny... rewelacyjna panorama beskidu Żywieckiego. Aparat tego nie odda

Zielony w kierunku Łamanej skały. Drobne kamienie nie przeszkadzają, ogólnie - przejezdny w ogromnej większości

Podjaz na Łamaną Skałę. Czerwony w kierunku Kocierskiej jest całkowicie przejezdny

Widok z Potrójnej, po deszczu :)

myślałem że przejadę...

zielony szlak z Kocierskiej

widok z Zielonego

Tam też dzisiaj byłem

Widok na Żar

Kapsel z Tymbarku komentarza nie wymaga:)

profil traski

Dane wyjazdu:
76.70 km 55.00 km teren
07:55 h 9.69 km/h:
Maks. pr.:55.50 km/h
Temperatura:22.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2770 m
Kalorie: kcal

Żurawnico - p.... się!

Niedziela, 1 sierpnia 2010 · dodano: 01.08.2010 | Komentarze 1

Wyjazd planowany od dłuższego czasu, ale pogoda nie pozwalała. Trasa planowana była nieco inna, wyszło jak wyszło..

track gPS

Do Andrychowa dojechałem chwilę po ósmej. Po rozpakowaniu pod PKO ruszyłem w kierunku Rzyk, gdzie pobłądziłem lekko (nie zauważylem zjazdu na czarny szlak), no ale chwilę później się odnalazłem i kontynuowałem jazdę, ups... wędrówkę pod górę. Pierwsze 500-600 metrów czarnym to pchanie - duże nachylenie, sporo luźnych kamieni, korzenie. Jako zjazd - pewnie fajny, techniczny i wymagający koncentracji.. do podjechania jednak to on nie jest.
Po tych kilkuset metrach szlak się wypłaszcza i już w przyjemniejszej formie wiedzie mnie tuż pod Groń JP2, gdzie na chwilę szlak opuszczam żeby objechać sobie singlem pod schronisko. Tam króciutka przerwa i zjazd czerwonym szlakiem w kierunku Krzeszowa... zjazd w górnej partii świetny - można szybko, jest parę technicznych miejsc, ale ogólnie - kupa frajdy i można było trochę 'przycisnąć' nawet w mokro-błotnych warunkach.
Niżej nie było już tak rewelacyjnie - dużo błota zrobiło swoje, w dodatku częścią szlaku płynął strumyczek, który w dalszym ciągu zmienił się w prawdziwą rzeczkę (jechało się środkiem tego mając wodę po pedały. Po zjeździe do Krzeszowa pojechałem na Żurawnicę, którą zaplanowałem jako część do zjechania z Beskidu Makowskiego (celem było 'zahaczenie' o 3 beskidy w jednym wyjeździe (mały, makowski, żywiecki)). Asfaltowy podjazd na osiedle pod żurawnicą już daje w kość - miejscami naprawdę stromo. Tradycyjnie szlak słabo oznakowany, przez co przegapiłem zjazd i musiałem się cofać. Po wjechaniu na czerwony szlak już po kilkunastu metrach musiałem zsiąść z roweru i prowadzić. W zasadzie z 80% drogi na żurawnicę prowadziłem / niosłem rower. byłem już wtedy na siebie wkurzony że tamtędy pojechałem, jeszcze przed tym jak zobaczyłem ostatni stromy, skalisty odcinek gdzie musiałem rower wrzucić na plecy (tak z 60 stopni nachylenia na ostatnich 30m?) OK. Wniosłem, jest nadzieja że będzie lepiej. Jest bardziej płasko... no niestety jest też bardzo bagniście. i komary, muszki - to całe latające gówno. Jeszcze w życiu w takich ilościach nie widzialem owadów, nie można było stanąć, bo wokół nas był dźwięk jakby latały w powietrzu bombowce.
Jakoś na trawersie złapałem pierwszą glebę dzisiejszego dnia, gdy profil szlaku "zniósł mnie" w dziurę, co poskutkowało OTB, nie jedynym zresztą dzisiaj. Do zjazdu na przełęcz Carchel witam się z ziemią jeszcze jeden raz, gdy zjeżdżając po kamieniach w pewnym momencie tylna opona "uślizgnęła się" na zamszonym, mokrym kamieniu.
Dalsza część jazdy podjazdowo nie była tragiczna, jednak 2 gleby w przeciągu kilkunastu minut zrobiły swoje - już trochę obolały, i nadto ostrożny zjeżdżałem dalej. nie trzeba było dlugo czekać - na stromym zjeździe pojechałem za wolno i zjeżdzając z kamieni zaliczyłem kolejne OTB - tym razem o tyle nirzpeyjemne że przyłożyłem piszczelami o kamienie. od tego momentu będę je czuć do końca wycieczki.
Dalszy ciąg to kolejne 2, mniejsze gleby, w zasadzie jedno to nie była gleba a drzewo, które swoimi gałęziami zrzuciło mnie z siodła.

ogólnie, szlak zielony, z Żurawnicy do Suchej w dzisiejszych warunkach (mokro po tygodniue ulew) nie nadawał się za bardzo do jazdy. Praktycznie na całej długości opony topiły się na 5 cm w błocie / ściółce, a podczas zjazdu przy hamowaniu zsuwało się podłoże ze sobą. "Na sucho" byłby to dobry, dośc techniczny odcinek, ale "na mokro" - prawdziwa katorga
OK, zjechałem w końcu do Suchej Beskidzkiej, (a właściwie nie takiej bez Kickiej, bo po drodze widziałem sporo zająców w lesie), gdzie tradycyjnie nie umiałem znaleźć szlaku prowadzącego na Przyslop, a jak już go znalazłem to okazało się że mogłem go jeszcze nie szukać - spory kawał prowadzenia po zabłotnionej, zatrawionej łące (nachylenie w okolicach 30 stopni), a po jakimś czasie szlak się łączy z drogą asfaltową, którą można było spokojnie tam wjechać, aż do cześci oznaczonej jako wspólny szlak czerwony / rowerowy (okolice dz. Podksięże). No cóż - na błedach się czlowiek uczy... dalsza częśc już przyjemniejsza. Trasa przejezdna, trochę zabłocona i śliska, ale dało się jechać.
Po drodze spokalem GOPR'owca, który mówił jak go wkurzają motocykliści jeżdżący po szlakach itp, i namawiajacy mnie do zjechania do zawoji na nocleg... może kiedyś?
W Przysłopiu, przy wydatnej pomocy sklepikarki gdzie kupowałem wodę, po raz kolejny pomyliłem szlak - zamiast zjeżdżać czerwonym i wbijać na pomarańczowy na pasmo jałowca, ja się cofnęłem ok 1,6 km, a jak się zorientowałem że sie pomylilem, nie chciało m isię już tracić strconej wysokości i pojechałem niebieskim szlakiem do Stryszawy i dalej do Krzeszowa. Stamtąd zdecydowalem się ruszyć zielonym na Łamaną Skałę. Pierwszy odcinek dość przyjemny, mimo ogromnego już wtedy zmęczenia (ta Żurawnica naprawdę mnie sporo kosztowała) dało się jechać. Po przeprawie przez strumyk przy asfaltowej części zielonego na Łamaną trochę się zamoczyłem - wysoki poziom wody i brak jakiegokolwiek mostka wymusił małą stopo-kąpiel ;-) zaczął sie właściwy podjazd pod Łamaną. najpierw trocę terenem / asfaltem (przejezdne), a później niestety pchanie po rumowisku. Nawwet na sucho nie ma tam specjalnie szans na wjechanie - stromo, bardzo dużo luźnyc jkamieni wielkości pięści, gdzieniegdzie korzenie.
Ogólnie od połowy tego odcinka "pchającego" na zielonym zaczeła się walka z psychiką, która mówiła że pierdzieli to wszystko, i chce do domu, a najlepiej to w ogóle siąść w miejscu i wszystko olać.
Jakoś udało mi się dopchać do wyrównania terenu, dalej już w miarę dało się jechać do skrzyżowania zielonego z czerwonym... w życiu nie sądziłem że tak się ucieszę na widok tych czerwonych oznakowań:) Dalsza część - mocno bagnista - przebiegła bez większych przygód, jednak zmęczenie i ból nadgarstków i dupska zmusił mnie do zjazdu z kocierskiej asfaltem, zamiast terenowego zielonym szlakiem.. może będzie jeszcze okazja;)

Ogólnie wyjazdu nie mogę zaliczyć do udanych. Pchanie roweru ejst zdecydowanie bardziej męczące niż jazda na nim, a w sumie kilka kilometrów go w ten sposób transportowałem. ale to moja wina - za bardzo kierowałem się oznaczeniami szlaków, a za mało instynktem samozachowawczym - powinienem więcej używać asfaltu do podjazdów :)
o dziwo nie padało...

suma podjazdów realnie większa niż na tracku, podobnie jak i trasa dłuższa - everytrail ma ograniczenie ilości punktów wczytywanych, stąd różnice...
Kategoria 50-100 km, gps, samemu, góry


Dane wyjazdu:
65.90 km 3.00 km teren
02:25 h 27.27 km/h:
Maks. pr.:41.80 km/h
Temperatura:28.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:320 m
Kalorie: kcal

raczej szosowo..

Środa, 21 lipca 2010 · dodano: 21.07.2010 | Komentarze 0

Trasa: Dom - Klimont - zjazd (ehe, akurat) od strony bierunia trawą - Bieruń singletrack - Bieruń Nowy - Wola - Góra - Ćwiklice - Pszczyna - Jankowice - Międzyrzecze - Bojszowy - Świerczyniec - dom.

track GPS

Plan był inny, ale wyruszyłem z opóźnieniem. O ile do wjazdu na klimont było fajnie i dobre tempo, o tyle zjazd solidnie napsuł w średniej. Enduro mi się zachciało - OTB na zjeździe (wysoka trawa, wpadłem w dziurę), do tego na dole masa pokrzyw, bagno i wysokie trawy. ale nie wróciłem się, żeby sobie siary nie robić przed ludźmi na szczycie, skoro tak dziarsko zjezdżałem, tylko przedzierałem się dalej.
Na singlu druga gleba dzisiejszego dnia - chciałem sobie ładnie po "bandzie" przejechać, tylko że banda była urojona - okazała się grupą kępków trawy, a mnei ściągnęło z wału (i rowerA). Dalsza część po szosie bez przygód, tempo dobre, a nawet bardzo dobre biorąc pod uwagę to, ile ostatnio jeżdżę. Najwyraźniej prawdziwe jest twierdzenie że 1 km w górach = 10 km zrobionym na płaskim.
Ostatnie kilka km wymęczyłem - bolały mnie uda z przedniej strony...
ogólnie - fajnie. Dawno nie miałem takich problemów z wchodzeniem / schodzeniem po schodach:)
Kategoria 50-100 km, gps, samemu


Dane wyjazdu:
51.96 km 45.00 km teren
05:00 h 10.39 km/h:
Maks. pr.:47.80 km/h
Temperatura:24.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2200 m
Kalorie: kcal

Beskid Żywiecki - pętla

Niedziela, 4 lipca 2010 · dodano: 04.07.2010 | Komentarze 4

Trasa: Rajcza - Glinka(asfaltem) - (żółtym szlakiem): Kubiesówka - Glinka - Krawców Wierch - Gruba Buczyna - Wilczy Groń - Przełęcz Bory Orawskie - Trzy Kopce - (czerwonym) Rysianka - (żółtym) Romanka - (niebieskim) Słowianka - (czarnym / bez szlaku) - zjazd do Żabnicy - czarnym / asfaltem - podjazd na Halę Boraczą - (zielonym/czarnym) Redykalny Wierch - (żołtym) zjazd w kierunku Nickuliny przez Zapolankę, później asfaltem do Rajczy

track gps
Track GPS jest 100% poprawny do 29 kilometra. dalej dane są orientacyjne - GPS mi się wyłączył przy glebie, i wprowadzałem trasę korzystając z google maps..

Od Rajczy podjazd dość dobrym asfaltem do Glinki, gdzie przy szkole / kościele skręciłem na żółty szlak pod Kubiesówkę. Mimo tego, że jest asfalt / płyty, podjechać jest dość trudno - na odcinku ok 1,2 km zyskujemy 250 metrów wysokości, a miejscami nachylenie wyraźnie przekracza 40 stopni.
Od momentu w którym kończy się asfalt / płyty rozpoczyna się prawdziwa, przyjemna jazda dośc szerokim szlakiem, tylko miejscami kamienistym. W zasadzie większość trasy na Krawców Wierch można zrobić bez zsiadania z roweru...
Od Krawcowego do Trzech Kopców mamy szlak graniczny - żółty (PL) i niebieski (SK)... co tu dużo gadać - rewelacja. Świetnie utrzymany - tam gdzie jest bagno przykryto je deskami, niewiele miejsc gdzie trzeba podejść. W sumie to na tym odcinku jeśli coś podchodziłem, to raczej z powodu tego że zatrzymałem się na picie w złym miejscu, i musiałem podprowadzić do jakiegoś rozsądnego miejsca startu.
Na tej trasie jest też świetny single track - od Grubej Buczyny schodzący do przełęczy Bory Orawskie. Świetna, relaksująca traska - wszelkie przeszkody widać jak na dłoni, więc nawet jeżdżąc samemu (zasada prędkość na dwa, uwaga x2) mogłem się pokusić o rozwijanie miejscami 35-40 km/h, a pewnie dałoby się i sporo więcej.
Od Borów na Trzy Kopce było trochę prowadzenia - jakieś 200-300 metrów? W miejscach z luźnymi kamieniami i gałęziami :)
Z Trzech Kopców na Rysiankę czerwony szlak jest wybitnie kamienisty, i z tego co zauważyłem, miejscami działalność leśników odcisnęła swoje piętno na nim.
Podjazd na Rysiankę - dość prosty, natomiast w piekącym słońcu był na tyle męczący że musiałe wziąć go na 3 razy.
15 minut pauzy na Rysiance, i decyduje się - po rozmowie telefonicznej z dziewczyną, która dzisiaj była w górach pieszo - jechać na Romankę, i zjechać niebieskim na Słowiankę. Szkoda tylko, że połączenie było słabe, i przerwało w momencie w którym się spytałem Sylwię, czy zjazd niebieskim jest dobry. Powiedziała "nie zjedziesz", tyle że brak zasięgu zjadł "nie"...
Zjazd z Rysianki - trochę poprzewracanych drzewek, ale ogólnie fajnie. V-max ok. 45 km/h, więc można było trochę "puścić" wodze... podjazd na Romankę - w pierwszym momencie pomyliłem drogę - nie zauważyłem szlaku idącego "w skałki", musiałem się wrócić i wnosić... generalnie na Romankę z Rysianki mamy murowane 300-400 metrów niesienia / prowadzenia roweru. Resztę dystansu da się przejechać, ale super przyjemnie nie jest.
Po wjechaniu na Romankę - zjazd w kierunku Słowianki. Już po pierwszym zakręcie musiałem powiedzieć "o k..." kiedy w ostatnim momencie udało mi się zatrzymać przed leżącym drzewem. Dalszy ciąg wyglądał podobnie - zwalonych kilkadziesiąt drzew, obsuwający się grunt spod kół - a trzeba wiedzeć że ten szlak to singletrack w dużej mierze nad przepaścią, więc nie ma żadnego marginesu błędu. Szczególnie w miejscach gdzie drzewa zdecydowały się "spaść" i zabrały ze sobą kawałek ściezki (miejscami jest ok. 20 cm szerokości). Ogólnie cały zjazd niebeskim mi się nie podobał - nie mam fulla, a z rebą ustawioną na 100 mm (na 115 już trochę wiotka się robi) raczej ciężko "komfortowo" zjeżdżać, a każdy metr był walką o przetrwanie.
Podjazd pod Słowiankę łatwy, choć trochę pobłądziłem po drodze.
W schronisku kupiłem gorącą czekoladę i zimna colę (niezły clash, co?) po czym zdecydowałem się zjechac do Żabnicy bez szlaku... bo mi się specjalnie poprowadzony nie podobał, więc jechałem kierując się zasadą - cały czas w prawo, a jak będą drogi, to byle do głównej ;-) tą metodą zjeżdżając spotkałem grupę pieszą Sylwii, a na parkingu pod wjazdem na Boraczą samą Sylwię. Po krótkiej rozmowie, i dojściu do wniosku że jeszcze się dość nie zmęczyłem decyzja - wracam do Rajczy przez Boraczą i Redykalny. Pod Boraczą podjechałem asfaltem - czarny szlak nie wyglądał za ciekawie, więc wolałem w ten sposób sobie trochę ułatwić. W schronisku na Boraczej chwila przerwy, i bardzo przyjemny zjazd, po kórym zaczął się dość długi podjazd na Redykalny...
W zasadzie na tym odcinku rower prowadziłem jakieś 30-40 metrów, po luźnyh skałkach, co w sumie jest niezłym wynikiem, biorąc pod uwagę że dopiero się "rozjeżdżam" w tym roku...
Z Redykalnego zjazd żółtym do Nickuliny - jako że było tam dość sporo kamieni musiałem zrobić sobie pauzę, bo mi ręce odpadały ;-)
Ale ogólnie było w porządku, bez jakichś nieprzyjemnych sytuacji.
Zjazd do Nickuliny asfaltem z wiatrem w twarz nie był najszybszy (v-max koło 40 km/h), ale to moze i dobrze bo mijając grupę turystów idących pod górę w ostatnim momencie zobaczyłem dziurę w drodze wielkości leju po małej bombie... Szczerze mówiąc, to sam byłem zdziwiony, że udało mi się to dziursko przeskoczyć :)


Ogólnie - wycieczka bardzo udana. Szkoda tylko że do Rajczy mam dość daleko, i w drodze powrotnej zawsze są korki... dzisiaj wracałem 4 godziny, podczas gdy jazda do Rajczy zajęła półtorej...

v-max teren: ok 45 km/h

Poniżej parę fotek:

podjazd na Kubiesówkę

tutaj zaczyna się długi i przyjemny singletrack :-)

szlak graniczny - o dziwo w bdb stanie

widok z podjazdu na Rysiankę

Podjazd na Romankę. Tego nieprzyjemnego niestety nie widać

panorama ze zboczy Romanki

Romankowy krajobraz... cud miód. Dziwie się że ktoś tam postawił ławeczki...

niebieski szlak z romanki, a raczej to co z niego zostało.

j.w. - jedno zwalone drzewo za drugim - na zdjęciu widać dwa, ja stałem przy trzecim... i taka częstotliwość "przeszkód" była na całym zjeździe

Profil terenu

ps. ze względu na padającą baterie w komórce nie udalo się zrobić zdjęć z boraczej i redykalnego wierchu, a szkoda bo widoki były przednie..