Info

Więcej na moim www.
Polecam: Snowboard Sklep Snow4Life
Portal o treningu siłowym i funkcjonalnym mojego autorstwa

Wykres roczny

Archiwum bloga
- 2025, Kwiecień2 - 0
- 2025, Marzec42 - 0
- 2025, Luty42 - 0
- 2025, Styczeń36 - 0
- 2024, Grudzień27 - 0
- 2024, Listopad32 - 0
- 2024, Październik35 - 0
- 2024, Wrzesień27 - 0
- 2024, Sierpień17 - 0
- 2024, Lipiec16 - 0
- 2024, Czerwiec18 - 0
- 2024, Maj24 - 0
- 2024, Kwiecień28 - 0
- 2024, Marzec30 - 0
- 2024, Luty21 - 0
- 2024, Styczeń12 - 0
- 2023, Grudzień9 - 0
- 2023, Listopad2 - 0
- 2023, Październik6 - 0
- 2023, Wrzesień10 - 0
- 2023, Sierpień18 - 0
- 2023, Lipiec2 - 0
- 2013, Maj1 - 2
- 2011, Listopad6 - 13
- 2011, Październik1 - 1
- 2011, Maj3 - 2
- 2011, Kwiecień3 - 0
- 2011, Marzec6 - 8
- 2011, Luty2 - 0
- 2011, Styczeń4 - 20
- 2010, Grudzień3 - 7
- 2010, Listopad7 - 34
- 2010, Październik8 - 27
- 2010, Wrzesień7 - 17
- 2010, Sierpień7 - 15
- 2010, Lipiec10 - 23
- 2010, Czerwiec9 - 9
- 2010, Maj3 - 0
- 2010, Kwiecień17 - 2
- 2010, Marzec4 - 3
- 2010, Luty7 - 3
- 2010, Styczeń6 - 7
- 2009, Czerwiec1 - 0
- 2009, Maj17 - 3
- 2009, Kwiecień25 - 2
- 2009, Marzec3 - 0
- 2009, Luty4 - 3
- 2009, Styczeń15 - 4
- 2008, Grudzień11 - 5
- 2008, Listopad24 - 39
- 2008, Październik27 - 9
- 2008, Wrzesień21 - 0
- 2008, Sierpień22 - 3
- 2008, Lipiec3 - 0
Wpisy archiwalne w kategorii
z kims
Dystans całkowity: | 5045.46 km (w terenie 2069.81 km; 41.02%) |
Czas w ruchu: | 251:58 |
Średnia prędkość: | 19.36 km/h |
Maksymalna prędkość: | 65.50 km/h |
Suma podjazdów: | 32914 m |
Suma kalorii: | 6721 kcal |
Liczba aktywności: | 112 |
Średnio na aktywność: | 45.05 km i 2h 25m |
Więcej statystyk |
Dane wyjazdu:
28.60 km
20.00 km teren
03:50 h
7.46 km/h:
Maks. pr.:45.50 km/h
Temperatura:-5.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1150 m
Kalorie: kcal
Rower:Canyon Nerve AM
Coś się tu Żarzy - Beskid Mały z EMTB :)
Poniedziałek, 27 grudnia 2010 · dodano: 05.01.2011 | Komentarze 4
Poświąteczny wypad z ludźmi z forum EMTB - Tomkem Dębcem, Tokasito i Kashą.Start około 11 z parkingu przy kolejce na Żarze - na szczyt wjeżdżamy kolejką - nikomu się nie uśmiecha "rozgrzewka" asfaltem..
Chłopaki robią na gorze jakieś zdjęcia, ja ubieram ochraniacze i ruszmay w dół.
Muszę mówić że jest ciekawie?
Zmrożone zaspy na czerwonym szlaku formują pagórki - jedne calkowicie twarde, inne - lekko zapadające sie. Często nastepują szybko po sobie, a wcale małe nie są - pół metra - czasem trochę więcej.
Prawie każdy poza chyba Tomkiem Dębcem na tym odcinku "zaliczył glebę", jednak było to ciekawe urozmaicenie po jeździe po łatwych i już zimowo "oblatanych" szlakach w rejonie Szyndzielni.
Zjazd czerwonym szlakiem kończy się niespodzianką - tuż przed zabudowaniami mamy ponad 2 metrowe urwisko spowodowane przez ruchy osuwiskowe w z wiosny-lata 2010.
To miejsce jest o tyle niebezpieczne że szlak wyżej aż zachęca do szybkiej jazdy, a tutaj niespodzianka - dwumetrowy "drop" mógłby się skończyć nieciekawie...
Tomek D na szczęście hamuje w porę i ostrzega nas przed "niespodzianką"
Pewno tu niedługo Ghetto Freeriders wpadną i będa kombinować jak to zjechać :-)
Po zjeździe z żaru druga część "wycieczki" - teleport na drugą stronę jeziora i podjazd na Hrobaczą Łąkę.
Do końca zabudowań można było jechać w siodle, później była to już cięzka walka w koleinach i głębokim śniegu, a ostatnie fragmenty trzeba było już prowadzić.

TeDe i Tokasito na podjeździe

gleba?

mój alu-rumak na tle drzew ;-)

tutaj już trzeba było prowadzić
Do schroniska docieramy przed 13. Niestety - w schronisku panuje zewnętrzna temperatura, a opiekun schroniska okazuje się dosyć zamotany...
O tym jakie tam panowały warunki może trochę powiedzieć to, że po tym jak my dotarliśmy na miejsce, doszły 2 grupy turystów i temperatura wewnątrz wzrosła do 5 stopni...
Na miejscu zmiana planow - miał być szybki zjazd i powrót, udało misię chłopaków namówić na przejazd na Gaiki - korzystając z dość dobrych, jak na zimę, warunków

niebo było przebłękitne...

część zjazdowo-trawersowa: Kasha i Tokasito

ja tez się tam gdzieś plątałem
Na Gaiki droga minęła bez większych problemów, chociaż szlak był słabo rozdeptany i w wielu miejscach było cięzko jechać.
O dziwo kompletnie nie wiało, a w atmosferze zaszła inwersja - w górach było cieplej niż w dolinach.

Tomek Dębiec jedzie w kierunku Gaików.
Dalsza częśc to szlak zielony do Międzybrodzia, który dość leniwo opada w dół. W lecie może to być dośc ciekawa opcja podjazdowa, w zimie - trochę miejscami brakowało stromizny, ale jechało się dość dobrze.
O przy czerwonym szlaku możemy mówić o "słabym rozchodzeniu" przez turystów, o tyle na zielonym w wielu miejscach ludzka stopa jeszcze w zimie nie stanęła.
Podczas zjazdu udało mi się wyrwać plastikowe mocowania trzymające linkę hamulcową i przerzutkowa jakimś patykiem, no ale przy pomocy magicznych zipów udało się sytuację opanować :)

na zielonym szlaku

ślady rowerów i pchających je butow :)

ostatni fragment zjazdu
Trochę dalej siodło urwał tokasito, co zmusiło go do pominięcia części powrotowej na Żar asfaltem, i integracji z miejscowym folklorem barowym.
W drodze powrotnej na Żar najpierw miałem możliwość trochę "pogonić" Tomka, który wrzucił żelazne tempo, a potem - przetestowania rowerka Commencal Meta 6, którego do testów Tomkowi udostępniła firma Horizon Bikes.
Co tu dużo gadać - ciekawa konstrukcja, bo mimo jednozawiasowego systemu amortyzacji rower nie buja / buja niewyczuwalnie na asfalcie.
Więcej informacji o tym cudzie możecie znaleźć na stronie Horizon Bikes
Podjazd trochę mnie pomęczył - szczególnie biorąc pod uwagę fakt ze przy "wyrywaniu linek" trochę rozregulowałem tylną przerzutkę i musiałem podjeżdżać na przełożeniu 22x24T co było niezbyt przyjemne:)

profil
Track GPS (pożyczony od Tomka Dębca)
Kategoria 0-50 km, góry, gps, w większej grupie, z kims, ze zdjęciami
Dane wyjazdu:
17.30 km
17.30 km teren
03:40 h
4.72 km/h:
Maks. pr.:47.20 km/h
Temperatura:-10.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:850 m
Kalorie: kcal
Rower:Canyon Nerve AM
w poszukiwaniu Yeti z EMTB
Niedziela, 19 grudnia 2010 · dodano: 04.01.2011 | Komentarze 0
Przedświąteczny wypad z ekipa EMTB w składzie Kondi, Kartonier, Nokiann i ja.Dzisiejszym celem jest poszukiwanie śladów Yeti w masywie Szyndzielni / Klimczoka, i uraczenie się obiadem w schronisku na Klimczoku.
Ten drugi cel niestety nie zostaje osiągnięty, ale powoli...
U stóp Szyndzielni wita nas niezła zadymka. Silny wiatr który lekko napawa mnie zwątpieniem... no ale co to za enduro bez hardkoru, poza tym - Kondi - Kołcz miał podręczny, przypiersiowy motywator typu Jagermeister.

bez motyywatora ani rusz...

dolna część szlaku - na szczęście osłonięta od wiatru

skład w komplecie
Podjazd na Szyndzielnię szedł mozolnie. W zasadzie to dzisiaj cięzko było mówić o jakiejś płynnej jeździe - mniej niż połowę dystansu w górę pokonaliśmy w siodle, reszta to pchanie lub noszenie. Śnieg był w ogóle nie ubity, i nawet bardzo szerokie opony się w nim zapadały.
No cóż - spacerki w górach też są przyjemne :-)

jeszcze jeden i byłaby olimpiada

C'est moi! na tle Bielska :)

"po co jechać skoro można iść?" - Kondi Kołcz 2010
Po wyjściu nad "Saharę" wiatr wzmógł się dość znacznie. W momencie w którym doszlismy do złączenia czerwonego szlaku z zielonym robiło się już naprawdę nieciekawie... Zadymka z podnóża góry to był "lajcik" w porównaniu do tego co na nas czekało na górze.
Ale co to za enduro bez zadymy ;-)

Noł Kołcz foto
Warun pogodowy zmusił nas do weryfikacji planu i porzucenia myśli o "ciśnięciu" na Klimczok. Obiad zjedliśmy na Szyndzielni... no nie było to złe, ale do kuchni z Klimczoka schron na Szyndzielni się nie umywa. Niestety :-(
Pierwszy zjazd tego dnia przejechaliśmy miksując szlak czerwony (w górnej i dolnej części) z zielonym (w części środkowej).
Szło to różnie, ale fun był!

śnieżne enduro ma swoje uroki ...

... takie jak niemal bezbolesne gleby
Po zjechaniu na dół stwierdziliśmy że jednak pozostał nam niedosyt, w związku z czym ruszyliśmy do kolejki, i po raz drugi wysokośc nabralismy w sposób ekspresowy.
Zjazd nr. 2 to cały czerwony szlak z krótką przerwą na foto. W trakcie cykania fotek trafiliśmy na Yeti, jednak jego magnetyczna osobowość rozkalibrowała Kartonierski aparat i wyszedł niewyraźny...

a foto bez yeti było ok!

profil trasy
Zjazd na dół jak dla mnie rewelacyjny - było co robić, bo czerwony już mocno "posypało", było przy tym szybko i... fajnie :)
Track GPs
Kategoria ze zdjęciami, z kims, w większej grupie, gps, góry, 0-50 km
Dane wyjazdu:
17.05 km
17.00 km teren
03:20 h
5.12 km/h:
Maks. pr.:44.20 km/h
Temperatura:-8.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:952 m
Kalorie: kcal
Rower:Canyon Nerve AM
Klimczok ze Spoonmanem i Atoomem
Niedziela, 5 grudnia 2010 · dodano: 03.01.2011 | Komentarze 3
Pierwszy "grupowy" wypad tej zimy. Startowaliśmy spod Dębowca w trzyosobowym składzie (Spoonman, Aatoom i ja), droga na Szyndzielnie upłynęła nam na zabawie i walce z nieudeptanym jeszcze śniegiem. Trochę czasu ten podjazd zajął, ale... po drodze znaleźliśmy sobie sposoby uprzyjemniania czasu :)
zabawa w moim wykonaniu

Pan z tyłu nie był częścią wycieczki ;-)

EMTB było tutaj ;-)
Im wyżej tym podjazd szedł coraz trudniej, a od "Sahary" zaczął dosłownie "iść" - sporą część drogi na Szyndzielnie musieliśmy pokonać "z buta" a przy złączeniu czerwonego szlaku z żółtym "odpadł" od nas Aatoom, na którego czekał obiad w domu.
Na nas tez czekał obiad, ale na Klimczoku:)

Aatoomowa down skarpa ;-). Kto poznaje - gdzie to?

mi już tak zgrabnie nie wyszło

a oto Spoonman
Po drodze na Klimczok zatrzymaliśmy się na chwilę na Szyndzielni. Pod schronisko udało sie nawet wjechać :)
Część dalsza to był podjazdo-wypych-wypycho-podjazd , ale i tak było fajnie. Na grani dośc mocny wiatr i nawiane zaspy utrudniające jazdę, ale to i tak było nic w porównaniu z tymi, na które trafiłem niemal dokładnie tydzień później pokonując tą trasę z dziewczyną.

na Szyndzielni

sekcja spacerowa wycieczki

widoki dopisywały...

Szpadel z łopatką
Na Klimczoku zjedliśmy obiad - ja tradycyjnie raczyłem się gulaszem (serwują przepyszny), Spoonman dorwał jadło drwala. Po ok. godzinnym odpoczynku przyszedł czas na drogę powrotną - lampki w dłoń... a raczej na kierę i kask i ruszamy spowrotem.
Do Szyndzielni było jeszcze kilka sekcji do pchania, później już w zasadzie tylko jazda. W międzyczasie nawiało trochę śniegu, więc co rusz ładowaliśmy się w zaspy.
W okolicach szczytu Szyndzielni pamiątkowe foto, spotkanie z grupą ludzi na skuterach śnieżnych,no i w dół...

pamiątkowe foto
Zjazd ogarnęlismy w początkowej fazie czerwonym, później bardziej stromo - zielonym, aby znowu wrócić na czerwony poniżej przełęczy - podejrzewałem że częśc "rynnowa" może być już mocno zasypana.
Na dole przy schronisku na Dębowcu i kawałek niżej jeszcze chwilka "funu", parę zdjęć i zbieramy się do domu...

fun

jak widać - nie każdemu musi się udawać:)
Podsumowując - świetny wyjazd, pierwszy na platformach od... W sumie to na platformach nigdy nei jeździłem, na zwykłych pedałach jedynie. I to i tak zarzuciłem w styczniu 2009.
Ale w zimie, w górach platformy to chyba mus - podczas jazdy trzeba się często podpierać, sytuacji ryzykownych multum, więc lepiej postawić na bezpieczeństwo.

profil trasy
track gps
Kategoria ze zdjęciami, z kims, w większej grupie, gps, góry, 0-50 km
Dane wyjazdu:
17.20 km
11.00 km teren
03:20 h
5.16 km/h:
Maks. pr.:53.00 km/h
Temperatura:12.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1040 m
Kalorie: kcal
Rower:Canyon Nerve AM
Pilsko na deser
Niedziela, 14 listopada 2010 · dodano: 14.11.2010 | Komentarze 9
Krótki kilometrażowo, ale wymagający kondycyjnie wypad na zakończenie weekendu endurowego. Dzisiaj była świetna pogoda, w związku z czym fotek jest dość dużo... całe 21 :)Wystartowaliśmy z Przemkiem około 11 z Korbielowa, spod Smreka, i rozpoczęliśmy podjazd żółtym szlakiem w kierunku Pilska. Czasem dobrze, że człowiek będąc u podnóża większej góry nie widzi jej szczytu, bo mógłby zwątpić...
Początek żółtego to asfaltowy podjazd, jednak szlak dość szybko z niego "schodzi", przechodząc przez strumień i prowadząc dalej bardzo urozmaiconym singlem.

początek szlaku jest dość niepozorny

podjazd jest bardzo urozmaicony;-)
Dzisiaj było dość mokro, więc podjeżdżało się raczejciężko. Brakowało przyczepności tylnego koła, a na żółtym szlaku jest bardzo dużo różnego rodzaju kamieni czy progów korzennych. W wielu miejscach przejeżdża / przechodzi się też przez klasyczne ogródki kamienne, z głazami wielkości sprzętu RTV... no może jedna lodówka też by się znalazła :-)
Dodatkowo - zacząłem odczuwać skutki piątkowej kontuzji kostki... i nie było to zbyt przyjemne:)

jedna z wielu kamiennych sekcji

tutaj jeszcze miałem nadzieję że szlak z czasem zrobi się łatwiejszy;-)

niestety ciąg dalszy wyglądał głównie tak...
Po pewnym czasie szlak dołącza do nartostrady / zielonego szlaku, by później odbić w las i na polankę prowadzącą do Hali Miziowej.
Tutaj próbując podjechac pod kolejny kamienny próg jakoś tak nieszczęśliwie się uśligzngęłem, że z całej siły przypieprzyłem kolanem w kierownicę... Na szczęście jej się nic nie stało ;-) Bo ja przez najbliższe 5 minut nie umiałem ustać na nogach. No ale... trzeba być twardkim nie miętkim :-)
Od momentu wejścia na polankę przed Halą Miziową mogłem na dłuższą chwilę zapomnieć o jeździe. Mokro, błotno... Wszelkie próby ruszenia kończyły się mieleniem w miejscu.
Ostatnie metry przed schroniskiem jednak udaje się pokonać w siodle, więc "hańby nie było" i dotarliśmy tam na kołach:-)
Mały posiłek regeneracyjny i dalej w górę na kopułę szczytową...

a na szczyt wchodzę tak ;-)

pchać też można, ale... chyba trudniej:-)
Niestety na szczyt wjechać się rowerem nie da. Jest za stromo, w dodatku dzisiaj było bardzo mokro/błotniście, i człowiek idąc po trawie ześlizgiwał się wraz z jej kępkami.. Aż się szczerze mówiąc dziwię, że przy takiej galaretowatej konsystencji ta część góry się nie osunęła jeszcze.
Od końca wyciągu da się już jechać w kosówce. Całkiem przyjemna odmiana :-)
W dodatku... wystarczy się obrócić, i zobaczyć że widok zapiera dech w piersiach :)

wystarczy się obrócić...

rzut oka w kierunku Trzech Kopców i Rysianki...
Prawdziwa nagroda za trudy wjazdu / wspinaczki czeka jednak na szczycie. Wspaniała panorama Tatr, Beskidów, pasm górskich Słowacji... Perfekcja! Naprawdę... warto było. Szkoda tylko że tyle ludzi wokół... będę musiał kiedyś odwiedzić to miejsce o wschodzie słońca.

panorama Tatr

Wielki Chocz - pomyliłem się jednak i to nie jest Wielki Rozsutec ;-)

...

Diablak
Po chwili spędzonej na szczycie przyszedł czas na uzbrajanie się i przygotowanie do zjazdu.
Przy okazji sobie "oblukałem" sprzęt od Przemka... no krzywdy to on zdecydowanie z nim nie ma :-)

Santa Cruz VP-Free, skok - 200/200 mm

pamiątkowa fotka - mój rower wygląda jak krosik przy sancie:)
W dół ruszamy początkowo zielonym szlakiem przez kosówkę- po to aby dotrzeć do granicy (bo Pilsko, jakby ktoś nie wiedział, jest na Słowacji).
Ten fragment jest bardzo przyjemny i zabawny, bo kosówka bardzo chętnie "przytrzymuje" podczas zjazdu

Przemek na jednym z wielu progów

ostatnie metry wypłaszczenia...
Jako zjazd obieramy niebieski szlak do przełęczy Glinne. Na mapie wygląda dość ciekawie, a będąc jeszcze na Hali Miziowej zadzwoniłem do Kartoniera, aby upewnić się co do tego, że jest przyjemny.
No cóż... był. A może i byłby, gdyby nie bylo tak mokro.
Fragmenty podszczytowe to zjazd praktycznie w strumieniu, na całej długości są wypłukane mini-wąwozy o szerokości 20-40 cm i głębokości sięgającej metra. Płynny zjazd uprzykrzają też "dziury niespodzianki".
Sekcję podszczytową zamyka spora ścianka - w pionie będzie z 20 metrów? Nachylenie dobre 60-70 stopni, oczywiście wypłukane koryto. Nawet nie próbowałem zjeżdżać :)

gleba Przemka + tu zaczyna się ścianka
Dalsza część zjazdu przebiega z małym "wałkiem", a mianowicie - znowu łapię snejka! Nokian ma chyba jakieś konszachty z wężami, bo na łysych Nobby Nicach nie łapałem kompletnie kapci, a na NBX'ach je łapie nawet kiedy pompuję ponad 3 atmosfery.

to te przyjemniejsze fragmenty szlaku. O zgrozo:P

zjeżdżałem tak szybko że Przemek nie zdążył fotki zrobić ;-)
Szlak graniczny ogólnie najbardziej przypomina rynsztok. Może w suchych warunkach byłoby trochę lepiej - mi brakowało przyczepności z tyłu, i ujeżdżałem praktycznie na wszystkim... szczególnie po snejku - bo wtedy dobiłem tył na 4 atmosfery.
Na szlaku sporo luźnych kamieni, dziur, uskoków korzennych, jakieś zwalone drzewka no i bardzo dużo wody.
W momencie kiedy szlak się wypłaszcza mamy dodatkowe urozmaicenie w postaci gigantycznego bagna - jedziemy cały czas w błocie, momentami sięgającym przerzutki tylnej...
Po zjeździe do drogi asfaltowej zjeżdżamy do miejsca, gdzie jest mozliwe zejście do strumienia i myjemy usyfione rowery... Przy okazji okazuje się że po raz drugi złapałem snejka (przy 4 bar w dętce!), ale na szczęście powietrze ucieka powoli, więc tylko dopompowuje i na szybko zjeżdżamy na parking...

mud on a tires
Track GPS

Kategoria 0-50 km, góry, gps, z kims, ze zdjęciami
Dane wyjazdu:
29.40 km
28.00 km teren
03:22 h
8.73 km/h:
Maks. pr.:50.30 km/h
Temperatura:12.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1609 m
Kalorie: kcal
Rower:Canyon Nerve AM
Okolice klimczoka z EMTB
Sobota, 13 listopada 2010 · dodano: 14.11.2010 | Komentarze 2
Wycieczka z ludźmi z forum EMTB. Zebrała się całkiem niezła ekipa - w porywach do 13 chłopa - co jak na tak późną porę roku jest całkiem niezłym wynikiem:)Start spod Szyndzielni, 6-cio kilometrowy podjazd pod schronisko i chwila oczekiwania na dwójkę spóźnialskich.

jak widać niektórzy mają jeszcze radość z podjazdów ;-)

doskonała widoczność - widać było odległe o blisko 40 km elektrownie jaworzno i łaziska
Zjazd bez szlaku/zielonym, głównie singlami. Pierwszą glebę dzisiejszej wyprawy zaliczyłem ja -> trafilem na przykryty liścmi kamień co zakończyło się małym OTB.
Z Zielonego odbiliśmy na trasę downhillową do Wapienicy... w sumie - całkiem ciekawe urozmaicenie. Muldy, hopki, i skrywane pod liścmi kamienie skutecznie urozmaicały jazdę, a co poniektórzy przypłacili to bliskimi spotkaniami z Matką Ziemią. Aatomowi udała się ta sztuka 2x na odcinku 50 metrów:)
Traska zakończona jest ciekawą, 7-8 metrową ścianką, oczywicie przyprószoną na dole liścmi. Szczęśliwie nikt nie wyglebił:)

Paweł_BB rusza w "otchłań" ;-)

ta sama chwila z innej perspektywy (fot. sretsam)
Ogólnie ta część wycieczki "zjazdowo" szła mi marnie. Wolno, męczyłem się z trasą, jakoś brakowało płynności w jeździe. Prawdopodobnie winowajcą była tylna opona, Nokian NBX, która bardzo ślizgała się na mokrych kamieniach / korzeniach i liściach, co potwierdził jeden z "towarzyszy niedoli", które te oponki kiedyś używał.
Podjazd z Wapienicy na Błatnią niebieskim szlakiem -noo... nie było łatwo. Ok 400 metrów musiałem wypychać, resztę się udało wjechać, ale było to bardzo mozolne... jednak na końcu satysfakcja była:)

w tym miejscu chyba tylko ja zdecydowałem się jechać
Do czasu kiedy dotarliśmy na Błatnią szlaki zdążyły przeschnąć, a wraz z tym poprawiły się dla mnie warunki do zjazdów - Nokian zaczął trzymać:)

w drodze na Błatnią

ostatnie podejście przed schroniskiem
Krótka przerwa na Błatniej w schronisku, i po chwili dalszy ciąg przejazdu do Szyndzielni.
Na polanach przy Błatniej wręcz huraganowy wiatr - ciężko było w ogóle jechać.

widok na Beskid Śląsko-Morawski z Błatniej

na tej polance... mocno zawiewa:)
Tuż przed Szyndzielnią, kiedy już "rozkręciłem się" na zjazdach na dobre, przy wyprzedzaniu jakoś tak zgrabnie najechałem na kamienie, że złapałem snejka. A raczej stadko snejków, bo zużyłem na łatanie dętki 7 łat...i zabrakło. Puściłem ekipę żeby jechała dalej, a ja sobie doszedłem do schroniska, gdzie udało mi się dorwać super glue i z braku czegokolwiek gumowego zakleiłem dziurę fragmentem worka na śmieci. Podziałało :)
Jako że się już ściemniało, a i nie wierzyłem specjalnie w trwałość workowego rozwiązania, ruszyłem w doł - ponownie - zielonym szlakiem.
Nie wiem czy to przez to, że wiedziałem że muszę być szybko na dole bo zaraz zapadnie zmrok, czy po prostu tak samo z siebie wyszło, ale przejazd na dół był bardzo szybki. Miejsca gdzie parę godzn wczesniej jechałem 15-20 km/h teraz pokonywałem przy 40.
Tym razem udało mi się dokończyć zjazd zielonym szlakiem...
tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć / przejechać.
Świetny, bardzo szybki i przyjemny szlak. Jazda w rynnie / obok rynny po korzeniach, jakieś małe hopki... dobra widoczność, fajny profil koryta, i w efekcie padł tam dzisiejszy mój rekord prędkości - 50,3 km/h;-)
Po zjechaniu na parking dosłownie po 3 minutach dojechała reszta ekipy, która zjeżdżała inną drogą... ale - ja nie żałuję mojej ściezki. Dawno tak dobrze się nie ubawiłem:-)

Track GPS
Kategoria 0-50 km, góry, gps, w większej grupie, ze zdjęciami, z kims
Dane wyjazdu:
30.20 km
17.00 km teren
02:35 h
11.69 km/h:
Maks. pr.:50.20 km/h
Temperatura:4.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1109 m
Kalorie: kcal
Rower:Canyon Nerve AM
Na Harcerza
Piątek, 12 listopada 2010 · dodano: 12.11.2010 | Komentarze 4
Krótka, w zasadzie popołudniowa traska z Kartonierem. Początkowo mieliśmy jechac na niebieski szlak na Gaiki, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się na zjazd innym "kultowym" szlakiem Beskidu Śląskiego - "Harcerzem" z Błatniej.Wystartowaliśmy spod Szyndzielni, po godzinie dotarliśmy na szczyt. Warunki średnio przyjemne - mokro i BARDZO silny wiatr, no i uczucie przenikliwego zimna.
Na Błatnią pojechaliśmy czarnym szlakiem omijającym Klimczok. Średnio ciekwy fragment - dużo wody, błota, szeroka szutrówka - cudów nie było.
Na Błatnią dotarliśmy bez większych problemów, zdecydowaliśmy się zjeść coś w schronisku przed ruszeniem w dół.

Kartonier w pełnym pędzie
Samo schronisko... ładne, czyste, schludne. Ale obsługa... powiem szczerze - czułem się tam jak intruz. Kup to żarcie, zjedz i spierd....
Ceny swoją drogą wyjątkowo nieprzystępne - 25 zł za zestaw obiadowy to nawet w górach jest przesada, szczególnie biorąc pod uwagę że solidny obiad na Klimczoku kosztuje 17-20 zł.
Ok. Ze schroniska ruszyliśmy praktycznie prosto na szlak Harcerski.
co tu dużo gadać - rewelacja, chociaż w dzisiejszych warunkach - mokro / ślisko / błotno / dużo liści - szlak był trudniejszy niż się spodziewałem, co poskutkowało dość widowiskową glebą:)
W ostatnim momencie zauważyłem "kołyskę" do koryta małego potoku, zacząłem hamować, źle zbalansowałem ciałem... dobicie amora, odbicie sie od wyjazdu i piękny lot koszący gdzieś w dół.
o dziwo się nie pomoczyłem ;-)

Karton na Harcerzu
Ogólnie, cały szlak to jest singiel, czasem węższy, czasem szerszy. Utrudnienia to m.in przejazdy przez drogi przecinające szlak w poprzek - naprawdę są zdradliwe i nie zawsze widać że coś takiego się czai, + jakieś korytka, strumyczki... do tego w jednym miejscu jest tak fajnie ściezka wyprofilowana że ściąga w drzewa:)

Ja też jakoś sobie radziłem :P
Podsumowując - szlak polecam. Ale nie jest taki łatwy jak to mogłoby się wydawać po załączonym filmiku :)
filmik ze szlaku - sprzed roku
Track GPS

Kategoria 0-50 km, góry, gps, z kims, ze zdjęciami
Dane wyjazdu:
34.88 km
27.00 km teren
03:17 h
10.62 km/h:
Maks. pr.:53.00 km/h
Temperatura:11.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1508 m
Kalorie: kcal
Rower:Canyon Nerve AM
Gloria Victis
Sobota, 6 listopada 2010 · dodano: 06.11.2010 | Komentarze 3
Cotygodniowy wypad w góry. Kolejny raz - Beskid Mały, kolejny raz z ludźmi z EMTB - Tomkiem Dębcem i Nokiannem. Tym razem miejscem docelowym była Jawornica, gdzie stoi krzyż, pod którym mielismy zapalić znicz upamiętniający forumowiczów - Jana i aDHd Cegłę, którzy zginęli w tym tygodniu w Alpach.Ale po kolei...
Start zaplanowaliśmy w Targanicach. Pierwsze metry to asfaltowy podjazd na Beskid Targanicki, później - już tradycyjnie - zielonym szlakiem na przełęcz Kocierską. Na Kocierzy - decyzja, zmieniamy pierwotnie planowaną trasę, i jedziemy na Potrójną czerwonym szlakiem.
Do Potrójnej udało się dojechać całkiem sprawnie i bez wpychania, przynajmniej w moim przypadku (poza kilkumetrowym fragmentem kiedy zamienilem się z Tomkiem rowerami)
Na Potrójnej pierwszy "zonk" tego dnia - obniżając siodło ułamałem szybkozamykacz. Na szczęście w takich sytuacjach, gdy wycieczka wisi na włosku, najczęściej znajduje się najmniej spodziewane rozwiązania - udało się zcisnąć obejmę śrubę z mocowania od Bocialarki.

okolice potrójnej, fot. Tomek Dębiec

okolice Łamanej Skały, fot. Tomek Dębiec
Jedziemy :-)
Z Potrójnej na Łamaną Skałę, po czym odbijamy na zielony szlak na Gibasów Wierch. Poprzednio robiłem go "w drugą stronę", w tą dzisiaj przejeżdżaną jest trochę trudniejszy i szybszy.
Zresztą, nadążanie za Tomkiem tez sprawia że szlak jest trochę trudniejszy :)
Miejsca gdzie normalnie pewnie bym przejeżdżał połowę wolniej dzisiaj pokonywałem względnie sprawnie i szybko, rynny, kamienne odcinki - wszystko z prędkościami wahającymi się od 25 do 45 km/h.
W jednym miejscu "chyba" trochę przesadziłem bo złapałem pięknego "snejka" i powietrze z tylnego koła uszło w ciągu dosłownie paru sekund... gdyby kózka nie skakała ;-)

okolice Gibasów Wierchu fot. T.Dębiec
Sam zielony szlak jest w odcinku blisko Łysiny bardzo widokowy. Piękna, szeroka panorama Beskidu Żywieckiego i - fragmentarycznie - śląskiego.

Nokiann na zielonym szlaku fot. T.Dębiec

Tomek, dzisiaj na pożyczonym od żonki rowerze
Zjazd ze szlaku w kierunku Kocierzy jest dość stromy i umiarkowanie trudny, głównie z powodu gęstego dywanu kamieni, który mocno rzuca rowerem.
Na dole okazało się że Bartkowi pękła podczas zjazdu śruba mocująca damper, i mimo iż na szybko zaimprowizowaliśmy naprawę łatką ;-) nie pokusił się o dalszą jazdę terenem, tylko pojechał asfaltem na Kocierz, gdzie miał trochę odczekać aby później zjechać do samochodów.
My tymczasem z Tomkiem pojechaliśmy znowu w stronę Potrójnej - chcieliśmy wjechać żółtym szlakiem w okolice schroniska, jednak okazał się trochę zbyt stromy (nawet na drzewie, po znaku zaznaczającym skręt szlaku, była informacja "STROMO W GÓRĘ :-)". To stromo to była prawdziwa ścianka:)
My tymczasem zdecydowaliśmy się - sugerując się mapą - pojechać w górę drogą wzdłuż strumienia.
Oho... żeby tam była droga. Co prawda były w tym strumieniu ślady zwózki, ale... no jeśli tutaj coś jeździło kiedykolwiek, to miało to gąsienice i lufę z przodu.
Nasz "skrót' zafundował nam ok 500 metrów noszenia rowerów na plecach i kolejny kilometr wypychania. No ale co to za enduro bez pchania:)
Koło 15 byliśmy już na Potrójnej, krótki postój, napotkanie na jakąś grupę offroadowców jeepami i zjazd do Jawornicy.

i po raz kolejny fotka z zielonego szlaku - widok na b. Żywiecki
Do Jawornicy jechało się świetnie. Trochę mniej błota niż było tydzień temu.
Pod krzyżem chwila przerwy, zapalenie znicza, przygotowanie rowerów do ostatniego zjazdu tego dnia i w dół.... :)
poniżej jeden z filmików sp. Cegły...
track gps
Kategoria 0-50 km, góry, gps, w większej grupie, z kims, ze zdjęciami
Dane wyjazdu:
40.32 km
29.00 km teren
03:37 h
11.15 km/h:
Maks. pr.:51.20 km/h
Temperatura:14.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1367 m
Kalorie: kcal
Rower:Canyon Nerve AM
beskid mały - kocierz > leskowiec > gancarz
Niedziela, 24 października 2010 · dodano: 24.10.2010 | Komentarze 3
Dzisiejszy wypad zaczął się około 9:30 na parkingu pod Kauflandem w Andrychowie, skąd wraz z Clyde'm i Itkiem z emtb ruszyliśmy na dzisiejszą wycieczkę...no, ok, ruszyliśmy trochę później, bo się okazało że mi dętka puszcza i musiałem zmienić - najwyraźniej wczoraj gdzieś "przysnejczyłem".
Początkowo bardzo dawał się we znaki halny - na asfalcie wiejący prosto w twarz... na szczęście - jako że wybraliśmy opcję zielonym szlakiem na kocierz - to asfalt nie trwał wiecznie, a w lesie było już przyjemniej. znacznie przyjemniej:)
Podjazd zielonym przy dobrej kondycji i szczęściu (nie odskoczeniu jakiegoś kamola) jest do zrobienia w 100%. Przy mojej kondycji było to jakieś 98%, bo mnie jednak zrzuciło z roweru. Ale ogólnie - jest ok. Wysokość jest nabierana sprawnie, przyjemnie, i przy okazji jest czas popodziwiać "piękne okoliczności przyrody"... Bo podczas zjazdu to za szybko ten krajobraz mija:)

widoki z przełęczy Beskid - zapowiada się fajny dzień

większość zielonego szlaku jest do podjechania. Chociaż nikt nie mówi, że jest to łatwe:)

są tez miejsca takie jak tutaj... albo wjeżdżasz na totalnym młynku, licząc na to że nie ucieknie ci żaden kamień spod koła, albo wpychasz:) bo jak staniesz to już nie ruszysz
Na Kocierzu zrobiliśmy sobie krótki postój, popas, porównywanie rowerów... Widoki się już tylko poprawiały.
Z Kocierzy ruszylismy czerwonym szlakiem w kierunku Leskowca. To nie jest mój ulubiony kierunek, ale był to też pewien test dla nowego bike'a, bo w lecie sporo podjazdów wprowadzałem...

widok z okolic zajazdu na Kocierzu

moi dzisiejsi "towarzysze podróży" - Itek i Clyde z emtb.pl
Jazda czerwonym w stronę Leskowca lekka nie jest. Odcinek do Potrójnej wymagał ode mnie kilkudziesięciu metrów prowadzenia roweru, ale i tak nie było źle. Co prawda trochę zostałem z tyłu za chłopakami, bo próbowałem podjechać możliwie jak najwięcej - nawet jak mnie zrzuciło z siodła.
Na Potrójną dojechałem "trochę" styrany, ale widoki zaraz poprawiły humor:)
Po krótkiej foto-sesji decyzja - zjazd do prywatnego schroniska pod potrójną. Herbatka (3 zł), krótki popas i w drogę..
Chłopaki nie chciały mi wierzyć w to że dobrze prowadzę, bo "leskowiec to tam!" ale udało się ich przekonać argumentem ze jeśli się pomylę, to ja wpycham rowery:)

widoki z Potrójnej - przełęcz Beskid, grupa Palenicy, w tle grupa Magurki Wilkowickiej / Hrobaczej Łąki

a z tej strony rysują się góry prowadzące do celu naszej wycieczki - Leskowca

popas rowerowy pod schroniskiem na Potrójnej
Pod Łamaną Skałę jechało się całkiem sprawnie. Krótka sesja foto przy "wielkim kamieniu", większośc fot z tego ma Clyde więc pewnie coś jeszcze dorzucę[/i]

występ skalny w okolicach Łamanej Skały

ta sama okolica;-)

zjazd ze Smrekowicy (?)
W okolicach Smrekowicy trafiliśmy na 3-osobową wycieczkę krosiarzy:) jadąc przez chwilę z tyłu na zjeździe za jakąs dziewczyną na sztywniaku, muszę stwierdzić że jest twarda :) ~40 km/h, rzucało nią na kamieniach jak Żydem po pustym sklepie, ale się nie poddawała i jechała dalej :)
Pod sam Leskowiec wywiązała się jakaś "walka podjazdowa", która grupa szybciej osiągnie szczyt, ale moja obtłuczona w sobotę noga dała się we znaki i odpuściłem, wrzuciłem młynek i porozmawiałem po drodze z turystą pieszym / biegnącym :)
Na Leskowcu tylko chwila, fotka grupowa (znowu u Clyde'a) i szybki zjazd na schronisko (dosłownie szybki:)
Pogoda zaczęła się psuć, temperatura spadać a wiatr się znowu zaczął wzmagać, więc trzeba było się trochę uwinąć.
Na samym Leskowcu upuściłem też trochę powietrza z dampera - niby tylko 10 psi a jak odczuwalna różnica... od razu zrobiło się bardziej miękko, i rower stał się stabilniejszy na luźnych kamlotach.

panorama z Leskowca - po raz który to ja tu jestem?

wycieczka w komplecie
W czasie kiedy Clyde raczył się piwem, Itek Żurkiem, ja zabrałem się za przestawianie kierownicy - przybliżenie jej do siebie. Co tu dużo gadać - różnica na zjazdach BARDZO odczuwalna.
Zjazd zielonym spod schroniska jest świetny - szybki, w miarę bezpieczny i urozmaicony. W sumie to dla mnie szybki był chyba aż za bardzo, bo złapalem snejka w przednim kole. Chłopaki pojechali dalej a ja sobie kleiłem... po jakichś 10-ciu minutach byli już spowrotem, koło napompowane i można dalej jechać.

na groniu JP2

widok spod gronia JP2 - na zielonym/czarnym szlaku
Do Gancarza zjazd fajny, potem dosyć męczący podjazd, ale przejezdny.
Zjazd z Gancarza - najpierw szeroka szutrówka, która niespodziewanie odbija w prawo - my przegapiliśmy zjazd i musielismy wpychać kawałek spowrotem.
Po odbiciu w prawo jedziemy najbardziej stromym fragmentem szlaku w Beskidzie Małym - na odcinku 100 przejechanych metrów tracimy blisko 50 metrów w pionie. Ogółem - fragment jest trudny, ale do zjechania przy nisko osuniętym siodle:)
Dalsza część zielonego zmieniła się trochę od mojej ostatniej wizyty. Szlak jest równy, przyjemny do jazdy - interwałowy.
Nie dojechalismy niestety szlakiem do końca - robilo się późno i kropiło, więc kiedy natrafiliśmy na asfalt - skorzystaliśmy:-) i po kilkunastu minutach dotarliśmy do aut.
podwumowując...
jedna z najlepszych wycieczek w tym sezonie. Jechało mi się świetnie, mimo bolącej nogi. Zero gleb, jeden snejk - da się przeżyć. Tym bardziej że to w sumie pierwszy raz w tym roku kiedy zmienialem gumę w górach. Poza tym - jeżdżąc na ciśnieniu ~1,5 bar to nawet przy Fat Albertach osoba ważąca 80 kg prosi się o snejka:)
na koniec tradycyjnie - track GPS i profil trasy...

Kategoria 0-50 km, góry, gps, w większej grupie, ze zdjęciami, z kims
Dane wyjazdu:
48.40 km
33.00 km teren
04:47 h
10.12 km/h:
Maks. pr.:53.10 km/h
Temperatura:12.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2120 m
Kalorie: kcal
Rower:Canyon Nerve AM
Jesienny Beskid Mały
Sobota, 23 października 2010 · dodano: 23.10.2010 | Komentarze 5
Korzystając z "pięknych okoliczności przyrody" wybrałem się na cotygodniowy wypad w góry. Do samego końca miałem dylemat gdzie jechać - w końcu na niedzielę już byłem umówiony na objazd Beskidu Małego, ale rzut oka na kamerkę on-line zlokalizowaną na szyndzielni uświadomił mi, że Beskid Śląski, i ogólnie górki wyższe niż 1000 m npm to nienajlepszy pomysł.Wybrałem więc trasę w rzadziej przeze mnie odwiedzanej części "Małego" - w grupie Magurki Wilkowickiej oraz w obrębie masywu góry Żar.
Z Międzybrodzia Kobiernickiego wystartowałem koło 10tej, dość późno - ale szczerze mówiąc, nie miałem siły się wywlec z auta. Pierwsze kilometry podjazdu to ciągłe przerwy - to telefon, to walka ze strzelającymi pedałami (swoją drogą, dalej nie wiem czemu strzelają). W międzyczasie zdecydowałem się wrzucić słuchawki na uszy, i "uraczyć" się muzyką. Dobre rozwiązanie na podjazd - poszedł wyjątkowo sprawnie, chociaż może niezbyt szybko (~ pół godziny jazdy), ale trzeba brać pod uwagę że moje opony poprzednio jeździły w ciągniku rolniczym... 2,4 przód/tył na ciśnieniu ~2 atmosfery to nie jest zbyt przyjazny zestaw na asfalt:)
Koło schroniska na Hrobaczej MASA liści. tego sie nie da opisać... spadło tam ich może pół metra? z perspektywy czasu żałuję że się nie zatrzymałem, ale tak dobrze mi się jechało...
Czerwonym w kierunku Gaików tym razem jechało się bardzo przyjemnie. Jeden krótki wypych, umiarkowana ilość błota. Ilość liści pozwalała na bezpieczną jazdę:)

miejsce do "podpychania
Przed Gaikami odbiłem na niebieski szlak prowadzący na przełęcz Przegibek. Krótka foto-pauza, obniżenie siodła i w drogę.
Tutaj szlak był już bardziej nieprzewidywalny. miejscami dywan liści tak równo pokrywał całość, że trudno było wyczuć gdzie akurat idzie "rynna", i co się czai pod spodem.

widoczek spod Gaików
Po zjechaniu na przełęcz Przegibek zdecydowałem się "zgubić" jeszcze parę metrów wysokości i spróbować podjazdu na Magurę zielonym szlakiem od strony Straconki.
Szlak przy dobrej kondycji jest do podjechania w całości, na fullu na 100%, na hardtailu - jeśli się będzie wybierało dobrą linię przejazdu. Ja podprowadzałem tam może 5 metrów, jak zrzuciło mnie z siodła i nie miałem gdzie wystartować.

zielony szlak ze Straconki]
Na Magurce - zatrzęsienie myśliwych. Jakieś polowanie sobie urządzili? Szkoda tylko że samymi ciężkimi terenówkami się "bujali" po okolicy..
Od Magurki do Czupla była strefa śneigowo-błotna. Niebieski szlak po prostu "spływał" wodą pośniegową... masa błota, bagna, mało przyjemności z jazdy. Po kilkuset metrach wyglądałem już jakbym wskoczył do jakiejś błotnej mazi i się cały wytaplał.
Na szczęście na tym odcinku chwilowo poprawiła się widoczność, co umożliwiło wykonanie kilku fotek.

Widoki "spod Czupla" - na Hrobaczą...

...jezioro Międzybrodzkie oraz skraje pasma Leskowca...

oraz na Żar wraz z chowającym się za nim masywem Palenicy
Dalszy ciąg to omyłkowy zjazd niebieskim szlakiem. miałem jechać czerwonym / żółytym / zielonym ale pomyliłem oznaczenia.
Szlak do Suchego Wierchu jest całkiem fajny, później się robi... zdecydowanie nieprzyjemny. Ostre koryta zwózkowe przykryte grubą warstwą liści, małe możliwości objazdu tego rynsztoku.
Udało mi się tym razem zjechać najtrudniejsze fragmenty tylko po to, żeby przyglebić kilkaset metrów dalej, w kolejnej rynnie - o tyle niefartownie że chciałem stanąć i poprawić okulary, wypinałem nogę z SPD do podpórki i... dupa. nie wypięła się. Za to straciłem równowagę i przyglebilem traktując udo z jednej strony kamieniami, a z drugiej - wykręconą kierownicą. Ból niemiłosierny - do teraz mam w tym miejscu grubą na 1,5 cm bułę :/
Po zjechaniu z niebieskiego BARDZO ucieszyłem się na widok asfaltu. stanąłem na chwilę dając odpocząć rękom, w międzyczasie patrząc się na... zupełnie wyczilautowaną krowę

Milka Chill Out
W Czernichowie przy obmyślaniu planu dalszej wycieczki miła rozmowa z "lokalsem", który odradził mi prób wjazdu niebieskim szlakiem na Jaworzynę (dzięki Ci), i zasugerował żeby jednak jechać od strony Żaru i wykorzystać asfalt.
Powiem szczerze - to był dla mnie najgorszy podjazd w tym roku. Z jednej strony już trochę zmęczony, z drugiej - obolały, bo ból nogi nie ustępował, a z trzeciej - na dobrym asfalcie opony tak pięknie się wgryzały w podłoże, że pozbawiały mnie siły do jazdy. W efekcie podjazd na Żar zajął mi blisko godzinę, w większości jadąc "z młynka".
Tuż przed zbiornikiem odbiłem w kierunku czerwonego szlaku, którym jednak nie pojechałem - skróciłem sobie odrobinę drogę, dając odpocząć nogom (pominęłem trawersem Kiczerę). Po jakimś czasie zaczęło mi się jechać znowu lepiej... po południu jesienny krajobraz dodatkowo urozmaicało fajne światło, wic było na co popatrzeć.
W którymś momencie ze zmęczenia / roztargnienia zsiadając z roweru przy tabliczce informacyjnej zapomniałem się rozejrzeć czy mam gdzie zsiadać. Efekt - gleba - ~2 metrowy lot w urwisko (tak tak, zsiadłem prosto w "otchłań" + parę metrów turlania się... na szczęście nic się nie stało - gleba zamortyzowała upadek :)
Nie robiłem na tym odcinku fotek.. nie chciało mi się.
Czerwony szlak swoją drogą musiał być niedawno na nowo znakowany - świetne oznaczenia. Brawo dla okolicznego PTTK.
A i gdzieś na trawersie Cisowej Grapy.. jest fajna sekcja skalna na singlu, niestety ja tam musiałem się wypychać, ale z drugiej strony musi być całkiem ciekawym urozmaiceniem. Muszę tam wrócić w przyszłym roku:)
Przy Cisowej odbiłem na niebieski szlak w kierunku Jaworzyny - w planie przejechany do końca, aby zobaczyć jak wygląda to, czym miałem z Kubą zjechać pod koniec sierpnia.
Szlak jest świetny - do podjechania praktycznie w 100%, nawet w takich dzisiejszych, dość mokrych warunkach. Ciekawe widoki na Żar z tej mniej popularnej strony...

niebieski szlak na jaworzynę

zgaduj zgadula - co pod liśćmi hula?

widok na Żar z Jaworzyny

i na jeziorko poniżej:-)
Po kilkuset metrach od Jaworzyny dojeżdżamy do rozwidlenia żółty/ niebieski szlak. Łatwo przeoczyć.
Od tego miejsca szlak staje się mniej przyemny - przynajmniej z taką liściastą ściółką, bo nie bardzo wiadomo po czym się jedzie.
Głównie jest to typowa "zwózka", sporo kamieni, koryto. Szczerze mówiąc żółty szlak jest dużo przyjemniejszy do zjazdu, jednak niebieski oferował dzisiaj piękne kolory "w zamian" za niedogodności zjazdowe...

ze zdjęciem nie było nic robione - takie kolorki miały drzewa
dla zainteresowanych jeszcze tradycyjny track gps oraz profil trasy.

Dane wyjazdu:
43.32 km
33.00 km teren
04:45 h
9.12 km/h:
Maks. pr.:42.60 km/h
Temperatura:6.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1720 m
Kalorie: kcal
Rower:Canyon Nerve AM
Żywieckie błotka
Sobota, 16 października 2010 · dodano: 19.10.2010 | Komentarze 5
Plan był inny. Weekend w Beskidzie Niskim, zlot forum EMTB... nie wypaliło. Brak czasu i problemy z samochodem zmusiły mnie do pozostania w okolicy.W góry pojechałem wraz z Łukaszem (arepo@emtb), ujeżdżającym Duncona Amstaffa - hardtailowego Enduraka.
Wyjazd już tradycyjnie pociągiem o 7:18 z Tychów, spotkanie z Łukaszem w przedziale, wstępne zaplanowanie trasy - dojazd do Rajczy i w drogę.... do sklepu po zakupy :)
Swoją drogą - nie "zgubił" ktoś roweru podobnego do tego na fotce? Facet nie wyglądał raczej na zapalonego rowerzystę, poza tym - zostawienie sprzętu wartego kilka tysiaków pod marketem - nie przypiętego ani nic to też raczej nie jest oznaka że sprzęt mu ciężko przyszedł.

rowerek szuka właściciela?
Po chwili ruszyliśmy do Glinki, skąd rozpoczął się nasz właściwy atak - żółtym szlakiem na Krawców Wierch. Kubiesówka, mimo iż dostępna asfaltem, wcale nie należy do najłatwiejszych do zdobycia górek.
W tym miejscu - wielki podziw dla Łukasza, który mimo niesprzyjającej geometrii i przełożenia (22s30) dał radę się tam wtoczyć.

Pan Jezus upada, Dorian jedzie, Łukasz robi foty
Po drodze trafiamy na grupę turystów z okolic Tarnowskich Gór, którzy niestety do Krawców Wierchu muszą parkę swoich kolegów "donieść" bo się nawalili i niespecjalnie udawało im się poruszanie jakiekolwiek, nie mówiąc już o poruszaniu pod górę:)
Po chwili asfalt się kończy i zaczyna się jazda drogą szutrowo / kamienisto / glinną. Raz stromiej raz łagodniej, parę krótkich zjazdów. Ogólnie - przyjemnie.
Przed samą bacówką na Krawcowym ujawnia się jedna z charakterystycznych cech Beskidu Żywieckiego - gliniastość. Opony z rozmiaru 2,4 urosły do 2,7 , blokowały się w widełkach i traciły trakcję.

żółty szlak Glinka - Krawców Wierch
Na Krawcowym krótki postój, gorąca czekolada (paskudna - z tytki i rozwodniona!) i dalsza jazda szlakiem granicznym. Na Hrubej Buczynie ubieram ochraniacze i zaczyna się zjazd... który mi szczerze mówiac wyjątkowo słabo wychodził tym razem. Cały czas miałem wrażenie ślizgania się tylnego koła na mokrych korzeniach / kamieniach, co skutecznie zmniejszało moją przyjennośc z jazdy.

zjazd z Hrubej Buczyny
Do przełęczy Bory Orawskie zrobiliśmy kilka foto-pauz, to na skarpie, to na pseudo-north shore'ach (deskach ułożonych na bagnistych odcinkach szlaku).
W międzyczasie zdążyłem się zorientować że Arepo to w górach nie świeżak, i zjeżdżać potrafi... dużo szybciej ode mnie:)

prawie jak manual :-)

ochraniacze 661 Race wyglądają trochę jak część garderoby Imperialnego Szturmowca z Gwiezdnych Wojen

Łukasz na jednej z deseczek. Skubaniec ma dobrą technikę :)

ja też jakoś dawałem radę
Na przełęczy Bory Orawskie zjechaliśmy w dół - do strumienia, i do czarnego szlaku prowadzącego na Rysiankę. Zjazd do strumienia idzie wąską ścieżką i jest zakończony ścianką, której w sierpniu nie udało mi się zjechać, a w sobotę - udało mi się to zrobić dwukrotnie. Drugie podejście dlatego, że przy pierwszym była podpórka - więc się nie liczy :)

ścianka do strumienia

przygotowanie psychiczne do drugiego zjazdu
Po przejechaniu strumienia - oczywiście - Łukasz przejechał, ja stanąłem w połowie i się "podparłem" w wodzie:P dotarliśmy do czarnego szlaku, który zdecydowaliśmy się opuścić - kierowani mapą Cartomedii na której boczna droga prowadziła okrężną trasą na Rysiankę. W sumie to to był mój pomysł, i "na moich barkach" spoczywa wina...
... bo droga urwała się w pewnym miejscu, co zafundowało nam półgodzinny wypych na Trzy Kopce - a zdobywania tego szczytu mieliśmy uniknąć dzięki skrótowi..
Oczywiście trochę czasu straciliśmy, co przy dość krótkim dniu nie było bez znaczenia.
Z Trzech Kopców szybki zjazd, w czasie którego zdecydowaliśmy że jedziemy do schroniska na Lipowskiej zamiast na Rysiance - żeby oszczędzić czas.
W schronisku zamówiliśmy jedzonko - gulasz z ziemniakami (ja) i plackami (Łukasz). Co tu dużo gadać - gulasz dobry, ale porcje... no kurna, szanujmy się nawzajem, i jak przychodzi do stołówki dwóch zmęczonych turystów, to wypadałoby im dać taką porcję żeby przynajmniej poczuli że coś zjedli...
Dla kobiety na diecie - porcje w sam raz.
Po chwili decyzja - jedziemy. Zielonym trawersujemy zbocze Borucza i zjeżdżamy na Boraczą, robiąc znowu kilka foto pauz... oj nie szło mi to jeżdżenie.
Słaba praca przód / tył, opadanie przedniego koła na "stopniach" itp.
Swoją drogą - momentami to aż mi głupio było że gośc na sztywniaku mi odjeżdża z taką prędkością w dół... no ale cóz - Łukasz już lata jeździ, a dla mnie w sumie to dalej "pierwsze kroki" w górach.

pisałem już że Łukasz szybko zjeżdza?

zielony szlak - Lipowska - Boracza

momentami były nawet spokojniejsze fragmenty :)
Pod koniec zjazdu robiło się już ciemno i mocno mgliście. Szczerze mówiąc - dla prawie ślepej osoby to nie najlepsze warunki do jazdy po górach.
Bez zatrzymywania się w schronisku pojechaliśmy od razu szlakiem na górę Prusów, gdzie doczepił się do nas czarny zagubiony piesek... dostał ode mnie snickersa (wiem wiem, dla psów czekolada jest niezdrowa - ale chyba lepsza czekolada niż nic) i pojechaliśmy dalej.
Zjazd na lampkach, cały czas trzymałem się tyłu Łukasza który jechał pierwszy. Musiał się mocno ograniczać żebym za nim nadążał w tych warunkach...
... zjazd do Węgierskiej bez większych przygód. Szlak z góry Prusów wygląda na fajny do objechania w dzień, pewno kiedyś się tam jeszcze wybiorę.
Zakończenie wycieczki na PeKaPie - ja pojechałem do Tychów, Łukasz został w Rajczy.
Track GPS
ps. fotki - jak się łatwo domyśleć - w większości wykonywane przez Łukasza.

Kategoria 0-50 km, góry, gps, z kims, ze zdjęciami