Info

avatar Bloguje shovel z miejscowości Tychy. Przejechałem 16903.95 kilometrów w tym 3664.05 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 20.24 km/h i mam ją głęboko w dupie ;-)
Więcej na moim www.
Polecam: Snowboard Sklep Snow4Life
Portal o treningu siłowym i funkcjonalnym mojego autorstwa


baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy shovel.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w kategorii

góry

Dystans całkowity:2078.64 km (w terenie 1258.62 km; 60.55%)
Czas w ruchu:170:07
Średnia prędkość:11.32 km/h
Maksymalna prędkość:65.50 km/h
Suma podjazdów:61380 m
Liczba aktywności:49
Średnio na aktywność:42.42 km i 4h 08m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
68.97 km 45.00 km teren
05:44 h 12.03 km/h:
Maks. pr.:50.30 km/h
Temperatura:22.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1863 m
Kalorie: kcal

Beskid nie taki Mały

Niedziela, 27 czerwca 2010 · dodano: 27.06.2010 | Komentarze 3

Dojazd do Andrychowa autem, później z Andrychowa na Wadowice, stamtąd niebieskim szlakiem przez Łysą górę na Groń JP 2 i Leskowiec, skąd po chwili odpoczynku ruszyłem czerwonym na przełęcz Kocierską przez Łamaną Skałę i Potrójną. Przejazd przez przełęcz Kocierską i dalej czerwonym, przez Beskid, Wielką Górę, Wielką Grapę na Żar. Z Żaru dalej zjazd czerwonym, z lekką modyfikacją, na Kozubnik, po czym powrót do Andrychowa asfaltem przez Wielką Puszczę i Przełęcz Beskid

track gps

Wycieczka całkiem udana, wyjazd na Conti Explorerach był dobrym pomyslem - na Race Kingach za pewne bym daleko nie ujechał :) Sporo bagna było na trasie.
Prowadzenia roweru było trochę - niebieski na Leskowiec - w sumie z 300-400 metrów prowadziłem (po części dlatego że nie chciało mi się walczyć z małymi kamykami i chciałem zachować siły na później), przelot czerwonym od Leskowca do Kocierskiej jest idealny do robienia właśnie w tym kierunku. Chyba tylko 20 m prowadizłem rower pod Łamaną Skałę, a tak to całosć przejezdna.
Czerwony szlak na Żar z Kocierskiej jest z kolei pomyłką. Zniszczony zwózką drzewa, sporo bagna, jeszcze więcej luźnych kamieni. Sporo prowadzenia roweru - ogółem, ja raczej będę tego miejsca unikał.
Zjazd z Żaru czerwonym - stromy, dużo małych kamieni przez co się skacze. Ja byłem już chyba zbyt zmęczony na jego "zręczne pokonanie", starałem się tam nie przekraczać 35 km/h co poskutkowało zagrzaniem tarcz do czerwoności.
Ostatni podjazd, na przełęcz Beskid mnie dośc mocno wymęczył. miałem już ok 60 km za sobą, a ostatni fragment był naprawdę stromy.

Chciałem przy okazji wysłać jedno "anty-pozdrowienie" dla idioty który mnei wyprzedzał na szlaku. Powszechnie uznane jest ostrzeganie że się jedzie, i krzyczenie z której strony się nadjeżdża, a nie mijanie na kamienistym wąskim szlaku z różnicą 20 km/h w odległości kilkunastu cm.

pozostałych spotkanych na trasie serdecznie pozdrawiam :)






Dane wyjazdu:
32.63 km 30.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:63.50 km/h
Temperatura:31.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1290 m
Kalorie: kcal

szczyrk - skrzyczne - salmopol - karkoszczonka

Piątek, 11 czerwca 2010 · dodano: 11.06.2010 | Komentarze 0

pier**** nie będę pisał po raz trzeci relacji.
ślad GPS














Dane wyjazdu:
42.21 km 34.00 km teren
03:58 h 10.64 km/h:
Maks. pr.:48.80 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1353 m
Kalorie: kcal

Beskid Mały

Niedziela, 6 czerwca 2010 · dodano: 06.06.2010 | Komentarze 6

Drugi z rzędu wypad rowerowy w Beskidy - tym razem do Beskidu Małego.
Trasa:
Dojazd z tych ;-)
Andrychów - Przełęcz Kocierska(asfaltem) - Kiczora - Potrójna - Madohora (Złamana Skała) - Na Beskidzie - Leskowiec (czerwonym szlakiem) - Gancarz - Kobyla głowa - Narożnik - Andrychów (zielonym)

track GPS (nie wiedzieć czemu - przycięty)

Trasę zacząłem od długiego podjazdu pod przełęcz Kocierz, drogą asfaltową - strasznie doskwierał mi upał, ale czego się spodziewać (poza ulewami i opadami) w czerwcu, w samo południe. Od przełęczy odbiłem na czerwony szlak, który zaczął się średnio ciekawie (b. luźna ziemia + kamienie na pierwszym podjeździe) ale już po chwili przeszedł w przyjemniejszą formę.
Ogólnie szlak urozmaicony, jest trochę szybkich odcinków z małymi ilościami kamieni / korzeni, są odcinki mocno kamieniste, jednak generalnie jest to szlak dość szeroki i stosunkowo bezpieczny, poza paroma fragmentami - takimi jak np. zjazd z madahory w kierunku Leskowca.
podjazdy, jadąc w kierunku leskowca są często strome i bardzo strome, zmuszające do prowadzenia rowera... z drugiej strony na pewno czerwony szlak byłby przyjemniejszy do pokonania.

ok, jeśli chodzi o stan zachowania szlaku - oznakowanie jest bardzo dobre, natomiast samochody w wielu miejscach wyjeździły dziury gdzie gromadzi się woda.

walory krajobrazowe są rewelacyjne... szczerze mówiąc, z tras które zjechałem w Beskidzie Śląskim żadna się nie może równać.. szczególnie przy tak świetnej widoczności jaka dzisiaj była.
---
Po dotarciu na Leskowiec zjechałem na groń JP2, gdzie zjadłem mocno przesolony bigos ze schroniska i uzupełniłem płyny. Chwilę porozmawiałem z napotkanymi bikerami, pytając się ich o to, czy znają jakąś fajną trasę na Andrychów.. polecili zielony szlak, uprzedzając że za Gancarzem jest bardzo stromo.
Szczerze - nie doceniłem tego, jak stromo można poprowadzić szlak. Miejscami stromizna przekraczała 50 stopni, a średnia na stu metrach to 43 stopnie.
Jak to wygląda w rzeczywistości, pokazuje ostatnie zdjęcie (zrobione nie przeze mnie - żeby odnieść się do tego jak jest stromo, proponuję popatrzeć na osobę wchodzącą, pod jakim jest kątem)
Szlak dalej przez mniejsze szczyty wił się aż po Andrychów,z kilkoma bardziej stromymi zjazdami, w tym jednym - wyjątkowo nieprzyjemnym, po korycie strumyka. bardzo mało miejsca na manewrowanie, dużo luźnych kamieni i kawałków konarów drzew skutecznie utrudniało zjeżdżanie.

Ogółem, jeśli nie masz fulla, i akurat jedziesz rowerem, w którym po raz kolejny tłumik w Rebie odmówił posłuszeństwa, to zielonego szlaku nie polecam, bo bardzo rzadko na zjazdach udawało mi się przekroczyć 30 km.h.
---------------

Podsumowując wyjazd: mimo średnio przyjemnego zjazdu z Leskowca wypad uważam za bardzo udany. Doskonale się zrelaksowałem, świetnych widoków nie przysłaniały rzesze niedzielnych turystów, jak to ma miejsce w beskidzie śląskim, a przy okazji udało mi się całkiem solidnie zmęczyć.
Jedynym minusem wycieczki jest to, że zgubiłem bidon... gdzieś leży teraz pewnie na Czerwonym, między Potrójną a Madahorą... no trudno.

Mam dużo zastrzeżeń co do mojej techniki jazdy, która przez rzadsze wypady mocno ucierpiała - szczególnie przy szybszych zjazdach brak mi pewności, i takiego "rowerowego flow", który pozwala na swobodniejsze pokonywanie przeszkód.
Druga rzecz, to to, że powinienem bardziej pomyśleć o tym co robię, i ja trasę nieznanym szlakiem "ubrać" trochę bardziej terenowe kapcie niż Conti Race Kingi.
Opony się świetnie sprawdzają w lekkim terenie, nawet na ostrych kamieniach się nie przebijajją, jednak brakuje im trakcji na luźnym podłożu, i nie zapewniają pewności przy hamowaniu w ciężki mterenie. Niemniej jednak, udało mi się na nich dojechać szczęsliwie, bez żadnej gleby...
poniżej parę fotek, profil trasy...


widoki z podjazdu na przełęcz Kocierz

widoki z czerwonego szlaku

który czasem tak wyglądał

gdzieś na szlaku

z madahory

widok z laskowca

a tak wygłada zjazd z Gancarza


Dane wyjazdu:
32.50 km 18.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:62.40 km/h
Temperatura:22.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1003 m
Kalorie: kcal

kilometr w pionie :-)

Sobota, 5 czerwca 2010 · dodano: 05.06.2010 | Komentarze 0

Drugi wypad w góry w tym roku... pierwszy raz byłem w zimie, więc to było jakby otwarcie "prawdziwego" sezonu górskiego dla mnie.

Wypad z Adamem, dla którego to drugi wyjazd w góry na rowerze w ogóle, do tego zgodził się pojechać wczoraj, po pijaku, i połowę drogi tego żałował ;-) kiedy wypacał siódme poty na podjeździe na Szyndzielnię.

Trasa: parking pod Szyndzielnią - Dębowiec - Szyndzielnia - Klimczok - Schronisko pod Magurą - zjazd "zielonym" do Szczyrku - powrót asfaltem do Bielska
Trasa GPS

---
Wyjazd dosyć spontaniczny. Ze względu na spodziewane problemy wydolnościowe Adama (jeździ tylko rekreacyjnie + drugi wypad w góry na rowerze w życiu), podjazd pod Szyndzielnię rozbiliśmy na krótkie odcinki - początkowo po 200 metrów, potem stopniowo je wydłużając.
Na Szyndzielni krótki odpoczynek i przejazd na Klimczok, gdzie podczas podjazdu, tuż przed szczytem, musiałem zejść z rowera i go podprowadzać. O ile nachylenie jest jeszcze znośne, o tyle luźne kamienie już nie, i po prostu się wjechać nie dało.
Z Klimczoka stromy zjazd w "siodło" po czym krótka pauza na "obiadek" w schronisku "Klimczok" pod Magurą. Szczerze polecam to schornisko - w przeciwieństwie do tego na Szyndzielni, gdzie jest masa turystów niedzielnych którzy wjechali sobie kolejką, tam można jest bardziej rodzinny klimat, dobre jedzenie... no i nie ma takich kolejek :)

Zjazd - szlakiem zielonym na Szczyrk. Momentami dość niebezpiecznie - luźne kamienie i bardzo szerokie rynny odpływowe, + swego rodzaju "przeorania" w niektórych miejscach. Po niecąłych 2 km szlak z kamienistego przeradza się w bardziej przyjazny do zjeżdżania - początkowo betonowe płyty, później całkiem dobry asfalt.
Trochę uważać trzeba na łukach - łatwo się solidnie rozpędzić, a przy obecnym tu i uwdzie piasku, czy też spływającej wodzie trzeba trochę uważać.

Ogólnie wycieczka udana, zrobiła mi smaka na powtórkę... którą może jutro zaliczę?
Tym razem chyba pojadę na Beskid Mały..

Podjazd na Szyndzielnię

jeszcze raz ja - podczas podjazdu :-)

Widok z Szyndzielni

Widok z Klimczoka

Ze zjazdu... świetna widocznośc była

Widok na Skrzyczne

Profil trasy

Dane wyjazdu:
13.21 km 13.21 km teren
01:20 h 9.91 km/h:
Maks. pr.:48.90 km/h
Temperatura:-4.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal

Szyndzielnia zimą

Niedziela, 31 stycznia 2010 · dodano: 01.02.2010 | Komentarze 0

Jako że skończyłem serwis roweru, korciło mnie żeby go "wypróbować" po tych paru zmianach które wprowadziłem. Wymieniłem linki przerzutkowe, kółeczka w tylnej przerzutce, wszystko wyregulowałem... Aż prosiło się o chrzest bojowy.
Od dawna korciło mnie żeby pojechać w góry w zimie na rower, zobaczyć czy się da jeździć, brakowało mi tylko motywacji. Dzisiaj po długim wahaniu zdecydowałem się pojechać. Cel - Szyndzielnia, jako że szlaki na tą górę są dość szerokie, poza tym - liczyłem na ich "ubicie" butami pieszych oraz nartami zjeżdżających miłośników "białego szaleństwa". Na miejsce dotarłem późno, bo grubo po 12. Początkowo miałem problem ze znalezieniem miejsca gdzie się wjeżdża na szlak na Szyndzielnie - była taka mgła, że będąc u podnóża góry jej nie widziałem. Po tym jak znalazłem drogę na Dębowiec było już lepiej.
Początkowa część trasy była bardzo łatwa - szeroka, dobrze ubita nartostrada, podjezdżało się przyjemnie, jednak na Dębowcu popełniłem błąd. Nie zwróciłem uwagi na to, że na Szyndzielnie prowadzą stamtąd dwa szlaki, czerwony - główna nartostrada, oraz zielony - boczny, którym niestety pojechałem.

Po 2 km męczarni, szukania twardych miejsc gdzie można jechać, w końcu zapytałem się przechodzących ludzi o szlak, i oni mi wytłumaczyli to co podejrzewałem już po pierwszych metrach - że pomyliłem drogi. Musiałem się wrócić na Dębowiec i rozpocząc podjazd czerwonym szlakiem. Straciłem na tym "błądzeniu" ponad godzinę, co później odbiło się na niemożności zdobycia szczytu.
Droga pod górkę czerwonym szlakiem była łatwiejsza. Co prawda po męczarni na zielonym byłem już dośc mocno wypompowany z sił, ale jakoś udawało mi się jechać pod górę z astronomiczną prędkością 6 km/h, stając co chwilę aby przepuścić zjeżdżających narciarzy.
Ostatecznie zdecydowałem że gdziekolwiek bym nie był o 14:20, to stamtąd będe się wracał, bo nie zdąże na koncert, który organizowaliśmy tego samego dnia w Katowicach. Pech chciał, że 14:20 wybiła kiedy byłem od szczytu o jakieś 15 minut drogi, ale nie mogłem już jechać dalej.
Zjazd którego się najbardziej obawiałem, okazał się bardzo przyjemny. Szczerze mówiąc, zjeżdżało mi się dużo lepiej niż w lecie, bo nie dokuczały kamienie, a dobre opony pozwalały pewnie kontrolować zjazd. W zasadzie tylko raz miałem chwilowe problemy z utrzymaniem równowagi kiedy po "wybiciu" trafiłem w głębszy śnieg, ale obyło się bez gleby... Przynajmniej na razie, bo ostatecznie wywinąłem "orła" na samym dole, na parkingu gdzie pod cienką warstwą błota posniegowego czaił się pofałdowany lód, na którym ostatecznie objechałem...
Podsumowując, bardzo fajny, choć dość męczący wyjazd. Pokonałem dzisiaj 13.21 km w czasie 1h 20 minut jazdy, z prędkością maksymalną wynoszącą 48.9 km/h (zjazd z Szyndzielni).
Poniżej parę fotek, najpierw - odrestaurowany napęd, później - z dzisiejszego wyjazdu
Zapraszam też na moją stronę, gdzie możecie znaleźć poza opisami wycieczek rowerowych również artykuły związane stricte z muzyką - moją pracą :-)





Dane wyjazdu:
104.17 km 40.00 km teren
05:35 h 18.66 km/h:
Maks. pr.:56.70 km/h
Temperatura:19.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1266 m
Kalorie: kcal

Góry:D W końcu...

Piątek, 1 maja 2009 · dodano: 02.05.2009 | Komentarze 1

No i pierwsza setka w tym roku:)
trasa: dojazd do PKP w Tychach => teleport PKP => Ustroń Zdrój -> Równica -> Zielonym szlakiem do Brennej -> przełęcz Karkoszczonka -> czerwonym szlakiem na przełęcz Salmopolską, po drodze "zdobyte" m.in Kotarz, Beskid, Salmopol, Grabowa -> przełęcz Salmopolska - zjazd do Szczyrku -> Bielsko Biała - Czechowice Dziedzice - Goczałkowice - Pszczyna - Tychy

W sumie w terenie górskim zrobiłem 30 km ze średnią 11,5 km/h (lol), i - co tu dużo gadać - zleksza się zajechałem. Dokuczal mi żylak pod prawym kolanem, czułem go w zasadzie od pierwszych km podjazdu na równicę.
Zjazd zielonym szlakiem z Równicy należał do średnio przyjemnych - sporo kamieni i ludzi, między którymi trzeba było manewrować. w Brennej zjazd na stacje i zjedzenie 2 7 Daysów i uzupełnienie wody, po czym trafiłem na jakiegoś "rozbitka" na przystanku z urwanym kominkiem wentyla, więc mu dałem jedną z moich zapasowych dętek (miałem w plecaku 2 + 4 łaty + klej) i pojechałem na Karkoszczonkę. Przy podjeździe usłyszałem od 2 starszych kobiet "On tu nie podjedzie", więc miałem dodatkową motywację... żeby zatrzymać się dopiero za długim łukiem, i odsapnąc tam gdzie one nie będą widzieć:)
Na Karkoszczonce poznałem Marcina z Cieszyna, z którym jechałem dalszą część drogi na Salmopol. Całkowicie uznaje wyższość fulli w terenie górzystym/skalistym nad hardtailami. Zjazdy gdzie ja latałem bokami on pokonywał bezproblemowo, jak i z podjazdami nie miał problemów (jechał na Giancie Reign)
W Salmopolu się rozdzieliliśmy no i pojechałem do domu, z krótką pauzą w Czechowickim KFC na jedzonko. Niestety cały powrót pod silny wiatr, który potęgował zmączenie.
A - i jedna nieprzyjemna rzecz. Zabiłbym się przy zjeździe z Salmopolskiej. w drodze, przy jednej ze studzienek deszczowych przy brzegu ulicy jest WIELKA DZIURA, i musiałem się ratować przejechaniem przez studzienkę przy samym krawężniku przy ok. 50 km/h. Z lewej auto blokowało możliwość skrętu, a dziura była wystarczająco głęboka żeby załatwić i rower, i rowerzystę...

Pokaż trasę GPS"> ślad GPS
parę fotek i profil trasy:


Terrago na Równicy - jego pierwsza góra:) poza tym - tłum..

zjazd z Równicy zielonym szlakiem - najprzyjemniejszy odcinek

jak wyżej

Terrago na Zielonym:)

zjazd zielonym szlakiem - gorszy odcinek. do wyboru - korzenie i rzadkie kamienie, bądź cała masa kamieni (pod liściami w zagłębieniu)

Karkoszczonka - podjazd. bardziej stromy w rzeczywistości:)

na Karkoszczonce:)

widok na Skrzyczne

czerwony szlak na przełęcz Salmopolską

a tu jego dalsza część...

Widoczki:)

zjazd z przełęczy Salmopolskiej


Dane wyjazdu:
150.53 km 50.00 km teren
06:14 h 24.15 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:

Góry z [url=http://www.radzio.bikestats.pl]Radkiem[/url] trasa:

Poniedziałek, 10 listopada 2008 · dodano: 10.11.2008 | Komentarze 7

Góry z Radkiem
trasa: Dom – os. F - Balbina – os.L – paprocany – Studzienice – Pszczyna – Goczałkowice – Czechowice Dziedzice – droga na Zabrzeg – Czechowice-Ligota – Międzyrzecze Górne – Jasienica – Jaworze – Górki Wielkie – Brenna – Brenna Jatny (podjazd do domu) – Brenna Bukowa – podjazd żółtym szlakiem na Karkoszczonke – zjazd żółtym szlakiem do Szczyrku Biła – Szczyrk Centrum – Buczkowice – Meszna – Bystra – Bielsko Biała – Bestwina – Dankowice – Brzeszcze – Góra – Gilowice – Wola – Bojszowy Nowe- Świerczyniec – Tychy Urbanowice – Dom.

v-max 59,56 km/h.
Kilometraż dokręcony - przed zjazdem na moją ulicę miałem 149,5, a co 150 to s150 więc dojechałem;]

Wyjechałem od siebie o 8:50, dosyć obładowany (ciuchy na zmianę, 4 dętki zapasowe + łaty, klej, jedzenie). Pojechałem po Radka, potem skoczyliśmy na Balbinę gdzie miałem nadzieję że kupię moje ulubione kanapki, ale neistety nie było ;-(
Przejazd na stację BP gdzie dobiliśmy powietrza, i przy okazji zaczęłem się zastanawiać, co by się stało gdyby Kura stanęła przy Odkurzaczu. Czy przestałaby być kurą? a jeśli tak, to czym?:]

Dalej pojechaliśmy na os. L, i lasami ominęliśmy Kobiór. Dalej jechaliśmy "Rodzinną" czy jak to się zwie na Studzienice - Pszczynę (swoją drogą - ta droga już tradycyjnie wlicza się w "teren' u mnie, bo tam pokrycie asfaltem jest juz tylko miejscami, a uważać trzeba bardziej niż w lesie na dziury;) Dalej na Goczałkowice i tylko Radkowi znanymi drogami w kierunku Brennej. W Międzyrzeczu Górnym mój tylny XT'ek odmówił posłuszeństwa, i wpadł w szprychy. W sumie to odmówił i on, i hak... odginanie i przerzutki i haka na miejscu... uff, jakoś jedziemy.
Dalsza droga umilana przez wiatr w twarz, szczególnie dający się we znaki na otwartych przestrzeniach, w sumie dopiero w górach się uspokoiło.
Ok 13 podjechaliśmy do domku górskiego Radka gdzie jego rodzice uraczyli nas obiadkiem ;] Podjazd i zjazd iście hardcore'owy. Szczególnie przy zjeżdżaniu trzeba było uważać - wąsko, na początku płyty (dziurawe), potem asfalt, ale nachylenie chyba 40 % miejscami.
Pojechaliśmy na Karkoszczonkę... podjazdy - co tu dużo gadać - wymagające.
Mój rower który miał problemy już tydzień temu w podjeździe na Szyndzielnię, tutaj miejscami naprawdę zdychał (btw. po drodze udało mi się odgiąć tak tylną przerzutkę że miałem 1/1 i 1/2 dostępne - sukces, bez tego bym nie wjechał).
Geometria mojego bike'a może sprawdza się na płaskim i przy zjazdach, jednak przy niektórych podjazdach leżąc na kierownicy dosłownie i jadąc na 1/1 dalej przerzucało mnie na plecy. chyba jedyne co zostaje (na razie) to mostek na - zmieniać przy jeździe w góry.

Dobra, dalej. Mieliśmy jechać na Klimczok i Szyndzielnię i zjechać w Bielsku, jednak pokrzyżowały nam plany 2 rzeczy:
- ból który pojawił się w moim kolanie, i towarzyszył do samego domu;/
- stromizna czerwonego szlaku na klimczok + jego kamienistość. Moim rowerem na pewno bym na niego nie wyjechał.

Zjechaliśmy więc do Szczyrku, zjazd zresztą bardzo szybki i fajny, tylko ludzie jak się krzyczy 'uwaga" reagują dość... ryzykownie. . Trzeba było ostro hamować żeby się nie zabić, a tarcze po zjeździe miałem całe przypalone, zresztą klocki albo mi się zeszkliły, albo starły do 0 z tyłu (jutro zobaczę - klocki mają 3 tygodnie?)

Dalszy zjazd do bielska bardzo przyjemny, chociaż wkurzał mnie gość w Mondeo który wepchnął się między mnie i Radka i za wszelką cenę starał się nie dopuścić żebym go wyprzedził, i ograniczał mi ciągle prędkość do 50 km/h :|

W Bielsku dla mnie była jazda przez mękę. potworny ból kolana, zastanawiałem się przez chwilę nad powrotem pociągiem, ale... jeszcze nigdy nie wracałem "baną" i nie zamierzam.
stanęliśmy na Shellu w koncu koło drogi na Bestwinę, gdzie doszedłem jako tako do siebie.
Dalsza część powrotu całkiem przyjemna, z postojem w Dankowicach na snickersa, i później w Gilowicach i Bojszowach, żeby się napić.
Praktycznie cały powrót wiatr w plecy więc dobrze się jechało, mimo bólu w kolanie utrzymywaliśmy te minimum 27 km/h (Radek prowadził), tylko na podjazdach ja "odpadałem".

Pomijając problemy z przerzutką i hakiem... całkiem udana wycieczka :) myslałem że będzie minimum 1 "pana" a tutaj nic.

zdjęcia (tym razem dużo i z opisem)

odkurzacz (nie mieliśmy Kury pod ręką żeby sprawdzić działanie):

droga w Jankowicach. w oddali góry...

Znowu w Jankowicach. Całkiem zielono na tym polu. Tak nie-listopadowo.

Ligota. Na przystanku Radek ;-) Miejsce naszego postoju śniadaniowego.

"Pier*** nie jadę. 2 minuty później przerzutka była w szprychach."

Międzyrzecze Górne - podjazd.

Międzyrzecze Górne - krowy

Międzyrzecze Górne - widok na góry

Brennica;]

Mój rower ma dopiero 3,5 miesiąca... coś lipne to teraz robią;]

"Luźny" fragment podjazdu do Radka

Przerzutka - moja dzisiejsza zmora.

W okolicach początku podjazdu na Karkoszczonkę

Mhrrroczne zdjęcie

Walczę o każdy metr :D

Radek też ;-) Pani w czarnym się chyba zastanawia czy da radę;]

Stromo, huh?

Widok w dół z Karkoszczonki

jeszcze trochę...

Jesst;-)

Widoczek z Karkoszczonki - zjazd w kierunku Szczyrku

Ja CHCĘ Dobry rower. JA WYMAGAM!!! ;-)

"Towarzysze podróży"


Dane wyjazdu:
119.49 km 25.00 km teren
05:24 h 22.13 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:

Szyndzielnia Klimczok i Dębowiec

Sobota, 1 listopada 2008 · dodano: 01.11.2008 | Komentarze 4

Szyndzielnia Klimczok i Dębowiec zdobyte!:D

Trasa: Dom (Tychy - Jaroszowice) - Tychy - Piasek - Pszczyna - Goczałkowice Zdrój - Czechowice Dziedzice - Bielsko Biała - podjazd ulicą Skalną na Dębowiec, potem na Szyndzielnię (czerwonym Szlakiem) - przejazd żółtym szlakiem na Klimczok - spowrotem na Szyndzielnię - zjazd - Bielsko - Bestwina - Dankowice - Brzeszcze - Góra - Wola - Bojszowy - Dom.
v-max 78.46 km/h
kilometraż wycieczki nie uwzględnia prowadzenia roweru.

Wyjechałem około godziny 11. zaraz po wyjeździe zaczęło kropić, i zastanawiałem się czy nie "olać" sprawy i nie wrócić, jednak stwierdziłem że z cukru nie jestem i dam radę. Zaczęło padać trochę mocniej na wysokości Piasku i tak mnie trzymało w deszczu prawie do Bielska. Wcześniej jednak, na wysokości Orlenu w Pszczynie złapałem pierwszą panę - nie wiem jak, bo ani szkła nie było, ani krawężników. nie widziałem tez gołym okiem gdzie. Jako że było blisko do Orlenu podszedłem i tam wymieniłem oponę, i skorzystałem z ich kompresora (całkiem miły gość go 'obsługiwał', okazał się pomocny przy zmianie opony :-)
Mając jeszcze jeden pewny, i drugi "prawdopodbny" zapas wybrałem się dalej do Bielska.
Zaraz na początku podjazdu z Dębowca na Szyndzielnię złapałem drugą gumę dzisiejszego dnia, po tym jak najechalem na ostry kamień. Szybka wymiana dętki (zwijane opony są bezcenne:-) i dalej podjazd, z paroma przerwami na zaczerpnięcie oddechu. Najtrudniejszy fragment wjazdu na Szyndzielnię to zdecydoweanie była kamienista droga do Schroniska - ślizgałem się, podskakiwałem, i była lipa.
W schronisku kupiłem wodę, zamieszałem nową porcję Tigera i pojechałem dalej, na Klimczok. Przy ostatnim podjeździe na szczyt Klimczoka musiałem na chwilę zejść z rowerui i go poprowadzić bo przerzucało mnie na plecy... dużo dużych kamieni + stromizna to nie są najlepsi przyjaciele mojego Cayona.
Chwila na górze i zjazd... Na początku się bałem, i trzymałem dużą część zjazdu z Klimczoka na Szyndzielnię rower na tylnym hamulcu (co i tak nie wiele dawało bo cały czas licznik wskazywał ponad 20 km/h). Dalej już się przyzwyczaiłem do tego że mój amor (nieszczęsny Suntour XCR) nie wybiera, tylko się odbija od nierówności, i że jazda powoli wcale nie oznacza że jest bezpieczniej.
Zjazd bardzo przyjemny, z super-szybkim odcinkiem od ok. 2 km (od góry licząc) gdzie minąłem dość szybko gościa zjeżdżającego na rowerze do DH :-) Tam też padł mój rekord szybkości.
Trochę wczęsniej niewiele brakowało a zaliczyłbym najgorszą glebę w życiu, gdy podczas zmieniania sposobu trzymania kiery wpadłem na kamień, i praktycznie wylatywałem z roweru przy 40 km/h z przepaścią metr od siebie.
Dalej (po tym fajnym fragmencie) starałem się przyhamować bo znowu zaczynały się duże kamienie, ale niestety, na jeden z nich trafiłem na tyle skutecznie że przebiłem przednią dentkę. chciałem zabrać się do wymiany - patrzę a tu pompki nie ma :/
zszedłem do Dębowca (na szczęście daleko nie było) i wymieniłem dętkę na ostatnią, niepewną Kendę i czekałem na downhillowca który widziałem że miał zapas... zapytałem się go czy ma może pompkę (a jak ma zapas to ma i pompjkę chyba, nie?) ale powiedział że nie ma czasu (nie ma czasu! kuźwa, to zjeżdżaj szybciej jak ci czasu brakuje) i pojechał. cham głupi.
Rower prowadziłem dobre 2 km aż udało mi się zatrzymać innego rowerzyste,który użyczył mi pompki i podpompowałem rower na tyle żeby dojechać na stację BP, gzdzie dobiłem Kendę i pojechałem.
O dziwo trzymała powietrze :]
Dalsza trasa przez Bestwinę, Dankowice - bo tam jest fajny teren, to raz, a dwa że wolałem nie ryzykować krajówki w nocy,
W Dankowicach podjechałem do Sonii po trochę wody (DZIĘKIIIII!!!) i dalej do domu.
W okolicach Bojszów dopadł mnie kryzys, ale jakoś dokulałem się do domu.

śr z dojazdu ok 26 km/h. podjazd - ok 8-10 km/h.

a teraz:
Pozdrowienia:
Dla Ojca i syna, którzy zjeżdżali z Szyndzielni kiedy wjeżdżałem. Za pozdrowienia, zatrzymanie się i chwilę rozmowy :-)
Dla Sonii - za wodę :)
Dla Pana z Pompką - za uratowanie tyłka
Dla Pana z Kompresorem z Orlenu - za to, że nie musiałem męczyć się z pompowaniem ;]

Antypozdrowienia:
-typek na rowerku do DH (swoją droga, trzeba mieć niezła fantazję żeby dać z 6-10k (patrząc po osprzęcie) na rower, a potem jeździć wolniej od Hard Taila za 2k)
-kierowców jeżdżących na długich

Podsumowanie:
- następny wyjazd w góry na pewno z lepszym amorem, nie na semi-slickach tylko na terenowych oponach, i oprócz zapasów wezmę łaty
- podczas zjazdów wszystko lepiej pochować do plecaka

a teraz zdjęcia:









Dane wyjazdu:
150.77 km 45.00 km teren
06:21 h 23.74 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:

Wyjazd do Ustronia przez Pszczynę,

Poniedziałek, 18 sierpnia 2008 · dodano: 18.08.2008 | Komentarze 3

Wyjazd do Ustronia przez Pszczynę, Goczałkowice Zdrój i Skoczów.
W Uatroniu spotkanie z koleżanką i wjazd na Małą Czantorię. Niestety, nie prowadzi na szczyt żaden szlak rowerowy, więc od pewnego momentu wjeżdżałem czarnym szlakiem który mnie pokonał ok kilometra przed szczytem. po prostu się nie dało - prowadzenie roweru pod 60 stopniową stromiznę to jeszcze da się przeżyć, ale jak zjechać z tego? Następnym razem wbijam na Równicę.
Rower całkiem przyzwoicie zniósł trudy zjazdu po kamieniach, bałem się osobiście o amora - XCR suntoura to nie jest nawet średnia półka - ale się nie złamał, a ja mam komlpet uzębienia.
Powrót z przygodą - pobłądziłem, potem ludzie mnie źle pokierowali i jak moja trasa do Ustronia miała 63 km tak powrót był o ok. 10-12 km dłuższy, z częstymi postojami aby zapytać o drogę.

Średnia z szosy ok 27,5 km/h, teren dużo gorzej :/ - szczególnie podjazd.

parę fotek:

wjazd na trasę w kierunku Małej Czantorii

zachód słońca nad goczałkowicami