Info

avatar Bloguje shovel z miejscowości Tychy. Przejechałem 16903.95 kilometrów w tym 3664.05 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 20.24 km/h i mam ją głęboko w dupie ;-)
Więcej na moim www.
Polecam: Snowboard Sklep Snow4Life
Portal o treningu siłowym i funkcjonalnym mojego autorstwa


baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy shovel.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w kategorii

0-50 km

Dystans całkowity:5069.54 km (w terenie 2039.04 km; 40.22%)
Czas w ruchu:268:58
Średnia prędkość:17.65 km/h
Maksymalna prędkość:71.40 km/h
Suma podjazdów:47615 m
Maks. tętno maksymalne:177 (90 %)
Maks. tętno średnie:140 (71 %)
Suma kalorii:11935 kcal
Liczba aktywności:210
Średnio na aktywność:24.14 km i 1h 23m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
30.20 km 17.00 km teren
02:35 h 11.69 km/h:
Maks. pr.:50.20 km/h
Temperatura:4.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1109 m
Kalorie: kcal

Na Harcerza

Piątek, 12 listopada 2010 · dodano: 12.11.2010 | Komentarze 4

Krótka, w zasadzie popołudniowa traska z Kartonierem. Początkowo mieliśmy jechac na niebieski szlak na Gaiki, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się na zjazd innym "kultowym" szlakiem Beskidu Śląskiego - "Harcerzem" z Błatniej.

Wystartowaliśmy spod Szyndzielni, po godzinie dotarliśmy na szczyt. Warunki średnio przyjemne - mokro i BARDZO silny wiatr, no i uczucie przenikliwego zimna.
Na Błatnią pojechaliśmy czarnym szlakiem omijającym Klimczok. Średnio ciekwy fragment - dużo wody, błota, szeroka szutrówka - cudów nie było.
Na Błatnią dotarliśmy bez większych problemów, zdecydowaliśmy się zjeść coś w schronisku przed ruszeniem w dół.


Kartonier w pełnym pędzie

Samo schronisko... ładne, czyste, schludne. Ale obsługa... powiem szczerze - czułem się tam jak intruz. Kup to żarcie, zjedz i spierd....
Ceny swoją drogą wyjątkowo nieprzystępne - 25 zł za zestaw obiadowy to nawet w górach jest przesada, szczególnie biorąc pod uwagę że solidny obiad na Klimczoku kosztuje 17-20 zł.

Ok. Ze schroniska ruszyliśmy praktycznie prosto na szlak Harcerski.
co tu dużo gadać - rewelacja, chociaż w dzisiejszych warunkach - mokro / ślisko / błotno / dużo liści - szlak był trudniejszy niż się spodziewałem, co poskutkowało dość widowiskową glebą:)
W ostatnim momencie zauważyłem "kołyskę" do koryta małego potoku, zacząłem hamować, źle zbalansowałem ciałem... dobicie amora, odbicie sie od wyjazdu i piękny lot koszący gdzieś w dół.
o dziwo się nie pomoczyłem ;-)


Karton na Harcerzu

Ogólnie, cały szlak to jest singiel, czasem węższy, czasem szerszy. Utrudnienia to m.in przejazdy przez drogi przecinające szlak w poprzek - naprawdę są zdradliwe i nie zawsze widać że coś takiego się czai, + jakieś korytka, strumyczki... do tego w jednym miejscu jest tak fajnie ściezka wyprofilowana że ściąga w drzewa:)


Ja też jakoś sobie radziłem :P

Podsumowując - szlak polecam. Ale nie jest taki łatwy jak to mogłoby się wydawać po załączonym filmiku :)

filmik ze szlaku - sprzed roku

Track GPS


Dane wyjazdu:
34.88 km 27.00 km teren
03:17 h 10.62 km/h:
Maks. pr.:53.00 km/h
Temperatura:11.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1508 m
Kalorie: kcal

Gloria Victis

Sobota, 6 listopada 2010 · dodano: 06.11.2010 | Komentarze 3

Cotygodniowy wypad w góry. Kolejny raz - Beskid Mały, kolejny raz z ludźmi z EMTB - Tomkiem Dębcem i Nokiannem. Tym razem miejscem docelowym była Jawornica, gdzie stoi krzyż, pod którym mielismy zapalić znicz upamiętniający forumowiczów - Jana i aDHd Cegłę, którzy zginęli w tym tygodniu w Alpach.
Ale po kolei...

Start zaplanowaliśmy w Targanicach. Pierwsze metry to asfaltowy podjazd na Beskid Targanicki, później - już tradycyjnie - zielonym szlakiem na przełęcz Kocierską. Na Kocierzy - decyzja, zmieniamy pierwotnie planowaną trasę, i jedziemy na Potrójną czerwonym szlakiem.

Do Potrójnej udało się dojechać całkiem sprawnie i bez wpychania, przynajmniej w moim przypadku (poza kilkumetrowym fragmentem kiedy zamienilem się z Tomkiem rowerami)
Na Potrójnej pierwszy "zonk" tego dnia - obniżając siodło ułamałem szybkozamykacz. Na szczęście w takich sytuacjach, gdy wycieczka wisi na włosku, najczęściej znajduje się najmniej spodziewane rozwiązania - udało się zcisnąć obejmę śrubę z mocowania od Bocialarki.


okolice potrójnej, fot. Tomek Dębiec


okolice Łamanej Skały, fot. Tomek Dębiec

Jedziemy :-)
Z Potrójnej na Łamaną Skałę, po czym odbijamy na zielony szlak na Gibasów Wierch. Poprzednio robiłem go "w drugą stronę", w tą dzisiaj przejeżdżaną jest trochę trudniejszy i szybszy.
Zresztą, nadążanie za Tomkiem tez sprawia że szlak jest trochę trudniejszy :)
Miejsca gdzie normalnie pewnie bym przejeżdżał połowę wolniej dzisiaj pokonywałem względnie sprawnie i szybko, rynny, kamienne odcinki - wszystko z prędkościami wahającymi się od 25 do 45 km/h.
W jednym miejscu "chyba" trochę przesadziłem bo złapałem pięknego "snejka" i powietrze z tylnego koła uszło w ciągu dosłownie paru sekund... gdyby kózka nie skakała ;-)


okolice Gibasów Wierchu fot. T.Dębiec

Sam zielony szlak jest w odcinku blisko Łysiny bardzo widokowy. Piękna, szeroka panorama Beskidu Żywieckiego i - fragmentarycznie - śląskiego.


Nokiann na zielonym szlaku fot. T.Dębiec


Tomek, dzisiaj na pożyczonym od żonki rowerze

Zjazd ze szlaku w kierunku Kocierzy jest dość stromy i umiarkowanie trudny, głównie z powodu gęstego dywanu kamieni, który mocno rzuca rowerem.

Na dole okazało się że Bartkowi pękła podczas zjazdu śruba mocująca damper, i mimo iż na szybko zaimprowizowaliśmy naprawę łatką ;-) nie pokusił się o dalszą jazdę terenem, tylko pojechał asfaltem na Kocierz, gdzie miał trochę odczekać aby później zjechać do samochodów.

My tymczasem z Tomkiem pojechaliśmy znowu w stronę Potrójnej - chcieliśmy wjechać żółtym szlakiem w okolice schroniska, jednak okazał się trochę zbyt stromy (nawet na drzewie, po znaku zaznaczającym skręt szlaku, była informacja "STROMO W GÓRĘ :-)". To stromo to była prawdziwa ścianka:)
My tymczasem zdecydowaliśmy się - sugerując się mapą - pojechać w górę drogą wzdłuż strumienia.
Oho... żeby tam była droga. Co prawda były w tym strumieniu ślady zwózki, ale... no jeśli tutaj coś jeździło kiedykolwiek, to miało to gąsienice i lufę z przodu.

Nasz "skrót' zafundował nam ok 500 metrów noszenia rowerów na plecach i kolejny kilometr wypychania. No ale co to za enduro bez pchania:)

Koło 15 byliśmy już na Potrójnej, krótki postój, napotkanie na jakąś grupę offroadowców jeepami i zjazd do Jawornicy.


i po raz kolejny fotka z zielonego szlaku - widok na b. Żywiecki

Do Jawornicy jechało się świetnie. Trochę mniej błota niż było tydzień temu.
Pod krzyżem chwila przerwy, zapalenie znicza, przygotowanie rowerów do ostatniego zjazdu tego dnia i w dół.... :)

poniżej jeden z filmików sp. Cegły...


track gps

Dane wyjazdu:
25.80 km 25.00 km teren
02:35 h 9.99 km/h:
Maks. pr.:53.00 km/h
Temperatura:14.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1650 m
Kalorie: kcal

masyw klimczoka z (prawie) każdej strony

Poniedziałek, 1 listopada 2010 · dodano: 01.11.2010 | Komentarze 1

Dosyć spontaniczny wypad w Beskid Śląski. Rano sprawdziłem warunki na Szyndzielni (kamerka on-line), okazało się że śnieg w okolicach szczytu stopniał. Super - jadę.
Na parkingu pod Dębowcem byłem jakoś koło 11, start - czerwonym do góry. Po kilkuset metrach zdejmuje kurtkę i rękawiczki, i dalej już do góry bez przerwy. Na szlaku spotykam kolarza z Dębicy - pozdrawiam w tym miejscu serdecznie!
Pod górę jechało się świetnie, bez odpoczynków - pod schronisko dotarłem po 50ciu minutach od wyruszenia.
Dalej - na Klimczok żółty, najpierw jednak rozprawa z kamieniami koło schroniska, które mnie pokonały kiedy miałem jeszcze Terrago... tym razem poległy pod moimi kołami:-)
Na Klimczok również udało mi się wjechać, bez podpórki, bez przystawania. Kolejny raz full udowodnił swoją wyższość, bo poprzednio 2x na szczyt rower wpychałem.
Na Klimczoku krótka pauza, ubieranie ochraniaczy i w drogę - do siodła:)


widok na schronisko - tam się wybieram, jednak dość okrężną drogą...

Po zjeździe do siodła - zjazd niebieskim "ej Dorian, ale tu jest urwisko!" (cyt. Grzybu - na rozpoczęcie sezonu ;-). Niestety nie był tak ciekawy jak miałem nadzieję - w zasadzie jest to po prostu stroma rynna z dużymi, luźnymi kamieniami. Nic szczególnego.
Po dojechaniu do skrzyżowania niebieskiego z zielonym skręciłem w ten drugi, i podjechałem "od drugiej strony" pod schronisko. W schronisku obiadek, i szybkie ruszenie do siodła. wybór - czerwony do Karkoszczonki.
Szlak przejechałem drugi raz, tym razem sekcja korzenista poszła mi trochę lepiej, ale dalej cośtam prowadziłem. Ogólnie nie wiem czy on jest do przejechania w całości - mało miejsca jest na nabranie szybkości przed pokonywaniem następnych przeszkód.
Za to początek szlaku jest ciekawy - stromo, z jedną mini ścianką :)
Dalej do przełęczy zjeżdża się albo rynną zwózkową (syf) albo ścieżkami między ściętymi gałęziami, pniakami itp (syf, ale ciekawszy;-)


widok z czerwonego na Skrzyczne - przejrzystość powietrza dzisiaj nie powala...


a tutaj widok na czerwony - fragment "zwykłej drogi" - całkiem przyjemny w tym miejscu. trzeba tylko uważać żeby odbić w prawo we właściwym miejscu

Po zjechaniu do Karkoszczonki dalszy ciąg w dół, aż do zejścia się szlaków żółtego i zielonego, gdzie wybrałem znowu ten drugi i rozpocząłem mozolny podjazd pod górę.
Szczerze - osoba która oznaczyła ten szlak jako rowerowy z rekomendacją pod górę musi mieć niezłe poczucie humoru.
Na naprawdę dobrze podjeżdżającym fullu, z przednim amorem skręconym i przełożeniem 22 x 34 musiałem jeździć zygzakami żeby podjechać.
Początkowo jedziemy stromymi płytami, które potem zmieniają się w drogę z luźnymi kamieniami. Szlak minimalnie się wypłaszcza po jakimś kilometrze od rozdzielenia szlaków, ale taki prawdziwy "odpoczynek" przychodzi dopiero od skrzyżowania szlaków niebieski/zielony.


zielony szlak od Szczyrku na Magurę / Klimczok

Na Magurce ponowne ubieranie ochraniaczy zdjętych przed podjazdem, i kolejny, trzeci już dzisiaj (1 od strony Klimczoka) zjazd do siodła. Tam odbicie na czerwony w kierunku Szyndzielni, którym w ostatecznym rozrachunku zdobywam szczyt który ominąłem wcześniej jadąc pod schronisko. Szybki zjazd (~50 km/h), i potem zielonym szlakiem dalsza jazda. W sumie fajny szlak, szczególnie na początku - taki urozmaicony singiel. Po jakimś czasie robi się luźno-kamieniście, ale ogólnie do objechania spokojnie :)
W pewnym momencie odbijam z tego szlaku, pod wpływem bolących rąk na czerwony, i tam dalej już jadę "ile fabryka dała"...

W samochodzie się zorientowałem że miałem nieperzestawiony zegar w liczniku, i mogłem wykręcić jeszcze godzinę jazdy... no ale trudno. będzie następna okazja.

track gps



Dane wyjazdu:
48.93 km 30.00 km teren
04:03 h 12.08 km/h:
Maks. pr.:53.30 km/h
Temperatura:14.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2008 m
Kalorie: kcal

wymarzony koniec października

Sobota, 30 października 2010 · dodano: 30.10.2010 | Komentarze 1

Prawie epickie zakończenie października.
Dość późno ruszyłem - ok. 11 z Targanic - zatrzymały mnie korki przycmentarne.
Ruszyłem na przełęcz Beskid, później zielonym szlakiem na Palenicę.
Po chwilowym wypychu na początku - po odbiciu z asfaltu - dalszy ciąg to już jazda 100% w siodle. Świetny flow, masa przyjemności... po drodze spotkałem grupkę rowerzystów na których później trafiłem jeszcze raz pod Żarem - będących tam już na skraju wyczerpania ;-).


widok z przełęczy


tam jadę... ten śnieg wygląda mało zachęcająco


poza początkowym wypychem zielony szlak jest w 100% przejezdny

Na Palenicy szybkie założenie ochraniaczy i zjazd - może nie było mega-szybko, ale jechało mi się dobrze :) Stała prędkośc 20-30 km/h, sprawne zmienianie strony rynny.. No poza ostatnim fragmentem, gdzie "moją ścieżkę' zajął wpychający bike'a rowerzysta z Kęt. Zamieniliśmy kilka słów i pojechałem dalej.

Spod Palenicy ruszyłem asfaltem wzdłuż jeziora, aby po kilku minutach zmierzyć się z moim ubiegłotygodniowym ciemiężcą - asfaltowym podjazdem na Żar, który dzisiaj poszedł mi dosyć sprawnie - do odbicia na czerwony szlak podjazd zajął mi około 30 minut, i miejsce ubiegłotygodniowej prędkości 6-8 km/h zajęła bardziej akceptowalna 10-15 km/h.

Po objechaniu Kiczery "dołem" (wiem - widoki przednie, ale ten wypych... podziękuję) jechałem dalej czerwonym. Początkowo miejscami pojawiał się snieg, później - w okolicach Wielkiej Cisowej Grapy - zrobiło się go więcej.


zima zaczyna pokazywać zęby

Pod Kocierzem spotkałem znowu rowerzystę z Kęt, który na swoim całkowitym sztywniaku i na cieniutkich jak palec oponach pokonywał bardzo podobną trasę do mojej, jednak w przeciwnym kierunku (pozdrawiam)

Na Kocierzy parę fotek... widok na Tatry (nie spodziewałem się) i jazda w dół... nie tym szlakiem.Zamiast jechać czerwonym na przełęcz, zjechałem drogą zwózkową do Wielkiej Puszczy - i był to dosyć szybki zjazd:) w jednym miejscu gdzie było 'nawalone" zwalonych drzew przez ciągłe podskoki mimo trzymania (kiedy się dało) hamulców prędkośc i tak wzrosła powyżej 40 km/h


widok na Tatry - z Kocierzy ich jeszcze nie widziałem...

Po zjeździe decyzja - wracam na szlak. Ponowny podjazd na przełęcz Beskid Targanicki i wjazd zielonym szlakiem na Kocierz. Tutaj mi poszło trochę gorzej niż w ubiegłym tygodniu i zaliczyłem ok 50 metrowe pchanie. Trudno
Koło SPa tym razem bez postoju. Szybki przejazd szlakiem do asfaltu, po drodze zagapiłem się i wpakowałem się w leżące pnie - udało się co prawda je przeskoczyć, ale jakiś koniec chyba przywalił mi w przerzutkę i ją conieco skrzywił... jutro sprawdzę.

Dalej do Potrójnej poszło dość sprawnie - udało się dojechać w jakieś 30 minut jazdy, z jedną gleba na podjeździe - nie udało mi się wypiąć z spdka, przyglebiłem i... nie mogłem uwierzyć własnym oczom - bloki zostały w pedale.
Miałem co prawda wcześniej problemy z wypinaniem się z tych pedałów ale tego się nie spodziewalem...

na Potrójnej próba wyciągnięcia i ponownego założenia bloku - niestety średnio udana, bo przykręcony na jednej śrubie blok został w pedale już po 500 metrach (znowu nie umiałem się wypiąć - mimo znacznego "popuszczenia" sprężyny!


Tatry z Potrójnej


ostatnie promienie zachodzącego słońca

Ogólnie to w tym miejscu trwał już wyścig z czasem - zależało mi na tym, żeby zjechać póki będzie jeszcze widno.
Płaski odcinek szlaku żółtego do Jawornicy jest mocno zabłotniony i nieciekawy. Szczerze mówiąc zastanawiałem się nad zawróceniem, ale...
... ale od momentu w którym zaczął się zjazd, już o tym nie myślałem.
Jest stromo, dość trudno... jest świetnie!
Jadąc "na jednej nodze" nie mogłem sobie niestety na nic pozwolić - prawa noga ślizgała się po pedale, skutecznie utrudniając kierowanie rowerem i balans. mimo to było fajnie.
Szlak początkowo to szeroka droga, która po jakimś czasie zmienia się w rynnę ze ścieżką po boku. Na ścieżce są drzewa i korzenie, a w rynnie - kamienie, i nawet chyba jakaś sekcja ze skałkami. Nachylenie zjazdu to takie stałe 30% - wystarczające żebym "dał popalić" moim hamulcom (starałem się nie jechać za szybko), bo przednia tarcza (203 mm) mi się lekko zwichrowała od przegrzania (mimo że przystanąłem w połowie dla schłodzenia).
Ale ogólnie... muszę tu wrócić bo zjazd ma potencjał.

polecam

v-max teren 48,2 km/h
Track GPS



Dane wyjazdu:
40.32 km 29.00 km teren
03:37 h 11.15 km/h:
Maks. pr.:51.20 km/h
Temperatura:14.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1367 m
Kalorie: kcal

beskid mały - kocierz > leskowiec > gancarz

Niedziela, 24 października 2010 · dodano: 24.10.2010 | Komentarze 3

Dzisiejszy wypad zaczął się około 9:30 na parkingu pod Kauflandem w Andrychowie, skąd wraz z Clyde'm i Itkiem z emtb ruszyliśmy na dzisiejszą wycieczkę...
no, ok, ruszyliśmy trochę później, bo się okazało że mi dętka puszcza i musiałem zmienić - najwyraźniej wczoraj gdzieś "przysnejczyłem".

Początkowo bardzo dawał się we znaki halny - na asfalcie wiejący prosto w twarz... na szczęście - jako że wybraliśmy opcję zielonym szlakiem na kocierz - to asfalt nie trwał wiecznie, a w lesie było już przyjemniej. znacznie przyjemniej:)
Podjazd zielonym przy dobrej kondycji i szczęściu (nie odskoczeniu jakiegoś kamola) jest do zrobienia w 100%. Przy mojej kondycji było to jakieś 98%, bo mnie jednak zrzuciło z roweru. Ale ogólnie - jest ok. Wysokość jest nabierana sprawnie, przyjemnie, i przy okazji jest czas popodziwiać "piękne okoliczności przyrody"... Bo podczas zjazdu to za szybko ten krajobraz mija:)


widoki z przełęczy Beskid - zapowiada się fajny dzień


większość zielonego szlaku jest do podjechania. Chociaż nikt nie mówi, że jest to łatwe:)


są tez miejsca takie jak tutaj... albo wjeżdżasz na totalnym młynku, licząc na to że nie ucieknie ci żaden kamień spod koła, albo wpychasz:) bo jak staniesz to już nie ruszysz

Na Kocierzu zrobiliśmy sobie krótki postój, popas, porównywanie rowerów... Widoki się już tylko poprawiały.
Z Kocierzy ruszylismy czerwonym szlakiem w kierunku Leskowca. To nie jest mój ulubiony kierunek, ale był to też pewien test dla nowego bike'a, bo w lecie sporo podjazdów wprowadzałem...


widok z okolic zajazdu na Kocierzu


moi dzisiejsi "towarzysze podróży" - Itek i Clyde z emtb.pl

Jazda czerwonym w stronę Leskowca lekka nie jest. Odcinek do Potrójnej wymagał ode mnie kilkudziesięciu metrów prowadzenia roweru, ale i tak nie było źle. Co prawda trochę zostałem z tyłu za chłopakami, bo próbowałem podjechać możliwie jak najwięcej - nawet jak mnie zrzuciło z siodła.
Na Potrójną dojechałem "trochę" styrany, ale widoki zaraz poprawiły humor:)
Po krótkiej foto-sesji decyzja - zjazd do prywatnego schroniska pod potrójną. Herbatka (3 zł), krótki popas i w drogę..
Chłopaki nie chciały mi wierzyć w to że dobrze prowadzę, bo "leskowiec to tam!" ale udało się ich przekonać argumentem ze jeśli się pomylę, to ja wpycham rowery:)


widoki z Potrójnej - przełęcz Beskid, grupa Palenicy, w tle grupa Magurki Wilkowickiej / Hrobaczej Łąki


a z tej strony rysują się góry prowadzące do celu naszej wycieczki - Leskowca


popas rowerowy pod schroniskiem na Potrójnej

Pod Łamaną Skałę jechało się całkiem sprawnie. Krótka sesja foto przy "wielkim kamieniu", większośc fot z tego ma Clyde więc pewnie coś jeszcze dorzucę[/i]


występ skalny w okolicach Łamanej Skały


ta sama okolica;-)


zjazd ze Smrekowicy (?)

W okolicach Smrekowicy trafiliśmy na 3-osobową wycieczkę krosiarzy:) jadąc przez chwilę z tyłu na zjeździe za jakąs dziewczyną na sztywniaku, muszę stwierdzić że jest twarda :) ~40 km/h, rzucało nią na kamieniach jak Żydem po pustym sklepie, ale się nie poddawała i jechała dalej :)

Pod sam Leskowiec wywiązała się jakaś "walka podjazdowa", która grupa szybciej osiągnie szczyt, ale moja obtłuczona w sobotę noga dała się we znaki i odpuściłem, wrzuciłem młynek i porozmawiałem po drodze z turystą pieszym / biegnącym :)
Na Leskowcu tylko chwila, fotka grupowa (znowu u Clyde'a) i szybki zjazd na schronisko (dosłownie szybki:)
Pogoda zaczęła się psuć, temperatura spadać a wiatr się znowu zaczął wzmagać, więc trzeba było się trochę uwinąć.
Na samym Leskowcu upuściłem też trochę powietrza z dampera - niby tylko 10 psi a jak odczuwalna różnica... od razu zrobiło się bardziej miękko, i rower stał się stabilniejszy na luźnych kamlotach.


panorama z Leskowca - po raz który to ja tu jestem?


wycieczka w komplecie
W czasie kiedy Clyde raczył się piwem, Itek Żurkiem, ja zabrałem się za przestawianie kierownicy - przybliżenie jej do siebie. Co tu dużo gadać - różnica na zjazdach BARDZO odczuwalna.
Zjazd zielonym spod schroniska jest świetny - szybki, w miarę bezpieczny i urozmaicony. W sumie to dla mnie szybki był chyba aż za bardzo, bo złapalem snejka w przednim kole. Chłopaki pojechali dalej a ja sobie kleiłem... po jakichś 10-ciu minutach byli już spowrotem, koło napompowane i można dalej jechać.


na groniu JP2


widok spod gronia JP2 - na zielonym/czarnym szlaku

Do Gancarza zjazd fajny, potem dosyć męczący podjazd, ale przejezdny.
Zjazd z Gancarza - najpierw szeroka szutrówka, która niespodziewanie odbija w prawo - my przegapiliśmy zjazd i musielismy wpychać kawałek spowrotem.
Po odbiciu w prawo jedziemy najbardziej stromym fragmentem szlaku w Beskidzie Małym - na odcinku 100 przejechanych metrów tracimy blisko 50 metrów w pionie. Ogółem - fragment jest trudny, ale do zjechania przy nisko osuniętym siodle:)
Dalsza część zielonego zmieniła się trochę od mojej ostatniej wizyty. Szlak jest równy, przyjemny do jazdy - interwałowy.
Nie dojechalismy niestety szlakiem do końca - robilo się późno i kropiło, więc kiedy natrafiliśmy na asfalt - skorzystaliśmy:-) i po kilkunastu minutach dotarliśmy do aut.

podwumowując...
jedna z najlepszych wycieczek w tym sezonie. Jechało mi się świetnie, mimo bolącej nogi. Zero gleb, jeden snejk - da się przeżyć. Tym bardziej że to w sumie pierwszy raz w tym roku kiedy zmienialem gumę w górach. Poza tym - jeżdżąc na ciśnieniu ~1,5 bar to nawet przy Fat Albertach osoba ważąca 80 kg prosi się o snejka:)

na koniec tradycyjnie - track GPS i profil trasy...



Dane wyjazdu:
48.40 km 33.00 km teren
04:47 h 10.12 km/h:
Maks. pr.:53.10 km/h
Temperatura:12.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2120 m
Kalorie: kcal

Jesienny Beskid Mały

Sobota, 23 października 2010 · dodano: 23.10.2010 | Komentarze 5

Korzystając z "pięknych okoliczności przyrody" wybrałem się na cotygodniowy wypad w góry. Do samego końca miałem dylemat gdzie jechać - w końcu na niedzielę już byłem umówiony na objazd Beskidu Małego, ale rzut oka na kamerkę on-line zlokalizowaną na szyndzielni uświadomił mi, że Beskid Śląski, i ogólnie górki wyższe niż 1000 m npm to nienajlepszy pomysł.

Wybrałem więc trasę w rzadziej przeze mnie odwiedzanej części "Małego" - w grupie Magurki Wilkowickiej oraz w obrębie masywu góry Żar.

Z Międzybrodzia Kobiernickiego wystartowałem koło 10tej, dość późno - ale szczerze mówiąc, nie miałem siły się wywlec z auta. Pierwsze kilometry podjazdu to ciągłe przerwy - to telefon, to walka ze strzelającymi pedałami (swoją drogą, dalej nie wiem czemu strzelają). W międzyczasie zdecydowałem się wrzucić słuchawki na uszy, i "uraczyć" się muzyką. Dobre rozwiązanie na podjazd - poszedł wyjątkowo sprawnie, chociaż może niezbyt szybko (~ pół godziny jazdy), ale trzeba brać pod uwagę że moje opony poprzednio jeździły w ciągniku rolniczym... 2,4 przód/tył na ciśnieniu ~2 atmosfery to nie jest zbyt przyjazny zestaw na asfalt:)

Koło schroniska na Hrobaczej MASA liści. tego sie nie da opisać... spadło tam ich może pół metra? z perspektywy czasu żałuję że się nie zatrzymałem, ale tak dobrze mi się jechało...
Czerwonym w kierunku Gaików tym razem jechało się bardzo przyjemnie. Jeden krótki wypych, umiarkowana ilość błota. Ilość liści pozwalała na bezpieczną jazdę:)

miejsce do "podpychania

Przed Gaikami odbiłem na niebieski szlak prowadzący na przełęcz Przegibek. Krótka foto-pauza, obniżenie siodła i w drogę.
Tutaj szlak był już bardziej nieprzewidywalny. miejscami dywan liści tak równo pokrywał całość, że trudno było wyczuć gdzie akurat idzie "rynna", i co się czai pod spodem.

widoczek spod Gaików

Po zjechaniu na przełęcz Przegibek zdecydowałem się "zgubić" jeszcze parę metrów wysokości i spróbować podjazdu na Magurę zielonym szlakiem od strony Straconki.
Szlak przy dobrej kondycji jest do podjechania w całości, na fullu na 100%, na hardtailu - jeśli się będzie wybierało dobrą linię przejazdu. Ja podprowadzałem tam może 5 metrów, jak zrzuciło mnie z siodła i nie miałem gdzie wystartować.


zielony szlak ze Straconki]

Na Magurce - zatrzęsienie myśliwych. Jakieś polowanie sobie urządzili? Szkoda tylko że samymi ciężkimi terenówkami się "bujali" po okolicy..

Od Magurki do Czupla była strefa śneigowo-błotna. Niebieski szlak po prostu "spływał" wodą pośniegową... masa błota, bagna, mało przyjemności z jazdy. Po kilkuset metrach wyglądałem już jakbym wskoczył do jakiejś błotnej mazi i się cały wytaplał.
Na szczęście na tym odcinku chwilowo poprawiła się widoczność, co umożliwiło wykonanie kilku fotek.


Widoki "spod Czupla" - na Hrobaczą...


...jezioro Międzybrodzkie oraz skraje pasma Leskowca...


oraz na Żar wraz z chowającym się za nim masywem Palenicy

Dalszy ciąg to omyłkowy zjazd niebieskim szlakiem. miałem jechać czerwonym / żółytym / zielonym ale pomyliłem oznaczenia.
Szlak do Suchego Wierchu jest całkiem fajny, później się robi... zdecydowanie nieprzyjemny. Ostre koryta zwózkowe przykryte grubą warstwą liści, małe możliwości objazdu tego rynsztoku.
Udało mi się tym razem zjechać najtrudniejsze fragmenty tylko po to, żeby przyglebić kilkaset metrów dalej, w kolejnej rynnie - o tyle niefartownie że chciałem stanąć i poprawić okulary, wypinałem nogę z SPD do podpórki i... dupa. nie wypięła się. Za to straciłem równowagę i przyglebilem traktując udo z jednej strony kamieniami, a z drugiej - wykręconą kierownicą. Ból niemiłosierny - do teraz mam w tym miejscu grubą na 1,5 cm bułę :/

Po zjechaniu z niebieskiego BARDZO ucieszyłem się na widok asfaltu. stanąłem na chwilę dając odpocząć rękom, w międzyczasie patrząc się na... zupełnie wyczilautowaną krowę


Milka Chill Out

W Czernichowie przy obmyślaniu planu dalszej wycieczki miła rozmowa z "lokalsem", który odradził mi prób wjazdu niebieskim szlakiem na Jaworzynę (dzięki Ci), i zasugerował żeby jednak jechać od strony Żaru i wykorzystać asfalt.
Powiem szczerze - to był dla mnie najgorszy podjazd w tym roku. Z jednej strony już trochę zmęczony, z drugiej - obolały, bo ból nogi nie ustępował, a z trzeciej - na dobrym asfalcie opony tak pięknie się wgryzały w podłoże, że pozbawiały mnie siły do jazdy. W efekcie podjazd na Żar zajął mi blisko godzinę, w większości jadąc "z młynka".
Tuż przed zbiornikiem odbiłem w kierunku czerwonego szlaku, którym jednak nie pojechałem - skróciłem sobie odrobinę drogę, dając odpocząć nogom (pominęłem trawersem Kiczerę). Po jakimś czasie zaczęło mi się jechać znowu lepiej... po południu jesienny krajobraz dodatkowo urozmaicało fajne światło, wic było na co popatrzeć.
W którymś momencie ze zmęczenia / roztargnienia zsiadając z roweru przy tabliczce informacyjnej zapomniałem się rozejrzeć czy mam gdzie zsiadać. Efekt - gleba - ~2 metrowy lot w urwisko (tak tak, zsiadłem prosto w "otchłań" + parę metrów turlania się... na szczęście nic się nie stało - gleba zamortyzowała upadek :)
Nie robiłem na tym odcinku fotek.. nie chciało mi się.
Czerwony szlak swoją drogą musiał być niedawno na nowo znakowany - świetne oznaczenia. Brawo dla okolicznego PTTK.
A i gdzieś na trawersie Cisowej Grapy.. jest fajna sekcja skalna na singlu, niestety ja tam musiałem się wypychać, ale z drugiej strony musi być całkiem ciekawym urozmaiceniem. Muszę tam wrócić w przyszłym roku:)

Przy Cisowej odbiłem na niebieski szlak w kierunku Jaworzyny - w planie przejechany do końca, aby zobaczyć jak wygląda to, czym miałem z Kubą zjechać pod koniec sierpnia.
Szlak jest świetny - do podjechania praktycznie w 100%, nawet w takich dzisiejszych, dość mokrych warunkach. Ciekawe widoki na Żar z tej mniej popularnej strony...


niebieski szlak na jaworzynę


zgaduj zgadula - co pod liśćmi hula?


widok na Żar z Jaworzyny


i na jeziorko poniżej:-)

Po kilkuset metrach od Jaworzyny dojeżdżamy do rozwidlenia żółty/ niebieski szlak. Łatwo przeoczyć.
Od tego miejsca szlak staje się mniej przyemny - przynajmniej z taką liściastą ściółką, bo nie bardzo wiadomo po czym się jedzie.
Głównie jest to typowa "zwózka", sporo kamieni, koryto. Szczerze mówiąc żółty szlak jest dużo przyjemniejszy do zjazdu, jednak niebieski oferował dzisiaj piękne kolory "w zamian" za niedogodności zjazdowe...


ze zdjęciem nie było nic robione - takie kolorki miały drzewa

dla zainteresowanych jeszcze tradycyjny track gps oraz profil trasy.



Dane wyjazdu:
43.32 km 33.00 km teren
04:45 h 9.12 km/h:
Maks. pr.:42.60 km/h
Temperatura:6.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1720 m
Kalorie: kcal

Żywieckie błotka

Sobota, 16 października 2010 · dodano: 19.10.2010 | Komentarze 5

Plan był inny. Weekend w Beskidzie Niskim, zlot forum EMTB... nie wypaliło. Brak czasu i problemy z samochodem zmusiły mnie do pozostania w okolicy.
W góry pojechałem wraz z Łukaszem (arepo@emtb), ujeżdżającym Duncona Amstaffa - hardtailowego Enduraka.

Wyjazd już tradycyjnie pociągiem o 7:18 z Tychów, spotkanie z Łukaszem w przedziale, wstępne zaplanowanie trasy - dojazd do Rajczy i w drogę.... do sklepu po zakupy :)
Swoją drogą - nie "zgubił" ktoś roweru podobnego do tego na fotce? Facet nie wyglądał raczej na zapalonego rowerzystę, poza tym - zostawienie sprzętu wartego kilka tysiaków pod marketem - nie przypiętego ani nic to też raczej nie jest oznaka że sprzęt mu ciężko przyszedł.


rowerek szuka właściciela?

Po chwili ruszyliśmy do Glinki, skąd rozpoczął się nasz właściwy atak - żółtym szlakiem na Krawców Wierch. Kubiesówka, mimo iż dostępna asfaltem, wcale nie należy do najłatwiejszych do zdobycia górek.
W tym miejscu - wielki podziw dla Łukasza, który mimo niesprzyjającej geometrii i przełożenia (22s30) dał radę się tam wtoczyć.


Pan Jezus upada, Dorian jedzie, Łukasz robi foty

Po drodze trafiamy na grupę turystów z okolic Tarnowskich Gór, którzy niestety do Krawców Wierchu muszą parkę swoich kolegów "donieść" bo się nawalili i niespecjalnie udawało im się poruszanie jakiekolwiek, nie mówiąc już o poruszaniu pod górę:)

Po chwili asfalt się kończy i zaczyna się jazda drogą szutrowo / kamienisto / glinną. Raz stromiej raz łagodniej, parę krótkich zjazdów. Ogólnie - przyjemnie.
Przed samą bacówką na Krawcowym ujawnia się jedna z charakterystycznych cech Beskidu Żywieckiego - gliniastość. Opony z rozmiaru 2,4 urosły do 2,7 , blokowały się w widełkach i traciły trakcję.


żółty szlak Glinka - Krawców Wierch

Na Krawcowym krótki postój, gorąca czekolada (paskudna - z tytki i rozwodniona!) i dalsza jazda szlakiem granicznym. Na Hrubej Buczynie ubieram ochraniacze i zaczyna się zjazd... który mi szczerze mówiac wyjątkowo słabo wychodził tym razem. Cały czas miałem wrażenie ślizgania się tylnego koła na mokrych korzeniach / kamieniach, co skutecznie zmniejszało moją przyjennośc z jazdy.


zjazd z Hrubej Buczyny

Do przełęczy Bory Orawskie zrobiliśmy kilka foto-pauz, to na skarpie, to na pseudo-north shore'ach (deskach ułożonych na bagnistych odcinkach szlaku).
W międzyczasie zdążyłem się zorientować że Arepo to w górach nie świeżak, i zjeżdżać potrafi... dużo szybciej ode mnie:)


prawie jak manual :-)


ochraniacze 661 Race wyglądają trochę jak część garderoby Imperialnego Szturmowca z Gwiezdnych Wojen


Łukasz na jednej z deseczek. Skubaniec ma dobrą technikę :)


ja też jakoś dawałem radę

Na przełęczy Bory Orawskie zjechaliśmy w dół - do strumienia, i do czarnego szlaku prowadzącego na Rysiankę. Zjazd do strumienia idzie wąską ścieżką i jest zakończony ścianką, której w sierpniu nie udało mi się zjechać, a w sobotę - udało mi się to zrobić dwukrotnie. Drugie podejście dlatego, że przy pierwszym była podpórka - więc się nie liczy :)


ścianka do strumienia


przygotowanie psychiczne do drugiego zjazdu

Po przejechaniu strumienia - oczywiście - Łukasz przejechał, ja stanąłem w połowie i się "podparłem" w wodzie:P dotarliśmy do czarnego szlaku, który zdecydowaliśmy się opuścić - kierowani mapą Cartomedii na której boczna droga prowadziła okrężną trasą na Rysiankę. W sumie to to był mój pomysł, i "na moich barkach" spoczywa wina...
... bo droga urwała się w pewnym miejscu, co zafundowało nam półgodzinny wypych na Trzy Kopce - a zdobywania tego szczytu mieliśmy uniknąć dzięki skrótowi..
Oczywiście trochę czasu straciliśmy, co przy dość krótkim dniu nie było bez znaczenia.

Z Trzech Kopców szybki zjazd, w czasie którego zdecydowaliśmy że jedziemy do schroniska na Lipowskiej zamiast na Rysiance - żeby oszczędzić czas.
W schronisku zamówiliśmy jedzonko - gulasz z ziemniakami (ja) i plackami (Łukasz). Co tu dużo gadać - gulasz dobry, ale porcje... no kurna, szanujmy się nawzajem, i jak przychodzi do stołówki dwóch zmęczonych turystów, to wypadałoby im dać taką porcję żeby przynajmniej poczuli że coś zjedli...
Dla kobiety na diecie - porcje w sam raz.

Po chwili decyzja - jedziemy. Zielonym trawersujemy zbocze Borucza i zjeżdżamy na Boraczą, robiąc znowu kilka foto pauz... oj nie szło mi to jeżdżenie.
Słaba praca przód / tył, opadanie przedniego koła na "stopniach" itp.
Swoją drogą - momentami to aż mi głupio było że gośc na sztywniaku mi odjeżdża z taką prędkością w dół... no ale cóz - Łukasz już lata jeździ, a dla mnie w sumie to dalej "pierwsze kroki" w górach.


pisałem już że Łukasz szybko zjeżdza?


zielony szlak - Lipowska - Boracza


momentami były nawet spokojniejsze fragmenty :)

Pod koniec zjazdu robiło się już ciemno i mocno mgliście. Szczerze mówiąc - dla prawie ślepej osoby to nie najlepsze warunki do jazdy po górach.
Bez zatrzymywania się w schronisku pojechaliśmy od razu szlakiem na górę Prusów, gdzie doczepił się do nas czarny zagubiony piesek... dostał ode mnie snickersa (wiem wiem, dla psów czekolada jest niezdrowa - ale chyba lepsza czekolada niż nic) i pojechaliśmy dalej.
Zjazd na lampkach, cały czas trzymałem się tyłu Łukasza który jechał pierwszy. Musiał się mocno ograniczać żebym za nim nadążał w tych warunkach...

... zjazd do Węgierskiej bez większych przygód. Szlak z góry Prusów wygląda na fajny do objechania w dzień, pewno kiedyś się tam jeszcze wybiorę.

Zakończenie wycieczki na PeKaPie - ja pojechałem do Tychów, Łukasz został w Rajczy.

Track GPS

ps. fotki - jak się łatwo domyśleć - w większości wykonywane przez Łukasza.




Dane wyjazdu:
47.80 km 32.00 km teren
04:05 h 11.71 km/h:
Maks. pr.:56.00 km/h
Temperatura:8.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1548 m
Kalorie: kcal

EMTB Beskid Mały

Niedziela, 10 października 2010 · dodano: 11.10.2010 | Komentarze 2

Wypad z ekipą z forum EMTB.pl
Oni jechali co prawda od Suchej Beskidzkiej, a ja od Andrychowa, jednak nasze drogi spotkały się na czerwonym dojazdowym na Leskowiec...

Ale od początku.
Wstałem dość późno, bo koło 8mej, przy planowanym wyjeździe na tą godzinę. Po prostu nie potrafiłem się zwlec z łóżka jakoś skluteczniej... w związku z tym do Andrychowa dotarłem dopiero o 10:10. 10.10.2010 :)
Obrałem sobie za cel Leskowiec - jako planowane miejsce spotkania, gdzie po męczącym (mnie) dojeździe asfaltem zaliczyłem klasyczny "wypych" czarnym szlakiem. Swoją drogą - zamiast odbić w pewnym miejscu na "serduszkowy" który umożliwa łagodniejsze zdobycie tej wysokości, bez konieczności wypychania, to ja dalej na upartego cisnąłem czarnym.
No cóż - dopiero po 12 wdrapałem się na groń gdzie trafiłem na obchody Dnia JP... w sensie Jana Pawła:) Masa ludzi. Na szczęście przyjechałem jeszcze w czasie gdy msza trwała w najlepsze więc udało się zjeść okrutnie drogą kiełbaskę z grilla (8,50!) nie czekając w półkilometrowej kolejce.
Po chwili odpoczynku zjechałem czerwonym szlakiem do ekipy EMTB, osiągając przy tym zawrotną prędkośc 46,8 km/h :)

Po przywitaniu się nie pozostało nic innego jak tylko "w tył zwrot" i rozpoczęcie ponownego podjazdu na groń tym razem z drugiej strony.
Tam odpoczynek, dla mnie już drugi w przeciągu chwili, i jakoś tak czas zleciał ze dopiero przed 3 ruszyliśmy z Leskowca w kierunku Kocierzy.


ostatnie metry podjazdu na Leskowiec - na 1 planie Magik, w tle Beata i Kondi

Po mozolnych podjazdach w koncu przyszła chwila zabawyna zjęździe z Leskowca. Natłok turystów przeszkadzał tylko w minimalnym stopniu, bo bardzo grzecznie się odsuwali i nawet pozdrawiali :)


zjazd z Leskowca - Kondi

Jako że odcinek Leskowiec - Kocierz to klasyczny trawers, to i podjazdów nie brakuje. Ewidentnie widać tu przewagę fulli z mniejszym (poniżej 160mm:D) skokiem / regulowanym skokiem nad większymi i cięższymi klasycznymi endurakami:)


Mentos klasycznie na podjazdach w czołówce


Kondi i Beata również nie odpuszczają

Na Łamanej Skale krótki odpoczynek, i chyba jedyna fotka widokowa którą dzisiaj zrobiłem - jakoś nie było ani widoczności, ani specjalnie okazji...


widoczek z Łamanej Skały

Dalej zjazd mijał całkiem miło aż do momentu, w którym Kartonier nie stwierdził że sobie podskoczy... i lądując urwał hak, pokrzywił szprychy, przerzutkę i łańcuch. A to wszystko prawdopodobnie nie zahaczając przy lądowaniu o żaden kamień :)


mielonka

Po krótkiej chwili rower był już złożony i na chodzie. z pomocą przyszedł "standardowy hak przerzutki" , kombinerki oraz kamyki, liście itp :) Przerzutka wyprostowana...
Przy okazji okazalo się że kaseta też się zleksza odkręciła, ale po ściśnięciu mocnym koła już nie przeszkadzała.
Karton jechał dalej:)

Na ostatnim fragmencie zjazdowym przed Kocierzą - z Potrójnej, trafiliśmy na dwójkę turystów i jednego debila. Debila, bo stwierdził że jest słupem soli, i stanął na środku szlaku, a my wszyscy musieliśmy go omijać... co na luźnych kamieniach wcale nie musiało się udać :) Najwyraźniej szpanował przed 2 kobietami w jego wieku swoją "intelidżencją". Szkoda gadać...
Najwyraźniej nie miał wyobraźni na tyle, żeby sobie uzmysłowić co może z nim zrobić ~100 kg uderzające przy prędkości ~30 km/h. Ja miałem plastiki i kask, a on??

Na Kocierzu krótki popas i rozterki czy jechać dalej.
Ostatecznie zdecydowaliśmy się ruszyć dalej (plan zakładał jechanie czerwonym / niebieskim / żółtym i zjazd do drogi na Żywiec). Ja pojechałem do szczytu "Wielka Góra" i zdecydowałem się wracać - sciemniało się, a wizja kilkunastokilometrowego powrotu asfaltem do Andrychowa po ciemku średnio mnie cieszyła.
Po zjechaniu na Kocierz zakładanie światełek i dalej - w dół zielonym... świetnie mi się zjeżdżało, powiem szczerze :) przydałaby się jeszcze czołówka, ale i tak na tym odcinku w zasadzie miałem podobne tempo jak przy świetle.
Po dojechaniu do asfaltu zjazd do Andrychowa i koniec weekendu rowerowego...

Track GPS



Dane wyjazdu:
33.86 km 28.00 km teren
01:58 h 17.22 km/h:
Maks. pr.:47.10 km/h
Temperatura:8.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:150 m
Kalorie: kcal

rozjazd po dłuższej przerwie

Czwartek, 7 października 2010 · dodano: 07.10.2010 | Komentarze 0

rozjazd "przed górami"... dłuższa przerwa spowodowana urwaniem haka. Na szczęście firma z Izraela (sic!) wyjątkowo szybko się uwinęła z realizacją zamówienia, i mam już hak + zapas u siebie.

dzisiejsza wycieczka - na hałdy na murckach, tam trochę pojeździłem, zaliczyłem najtrudniejszy możliwy podjazd, po czym ze znajomym szukaliśmy (i znaleźliśmy) trasę FR na Wzgórzu Wandy.
całkiem ciekawa, szkoda że taka płaska :/
Kategoria 0-50 km, z kims, z Radkiem


Dane wyjazdu:
30.20 km 15.00 km teren
01:32 h 19.70 km/h:
Maks. pr.:36.90 km/h
Temperatura:18.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal

po okolicznych lasach

Czwartek, 23 września 2010 · dodano: 25.09.2010 | Komentarze 0

Kategoria 0-50 km, z kims