Info

avatar Bloguje shovel z miejscowości Tychy. Przejechałem 16903.95 kilometrów w tym 3664.05 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 20.24 km/h i mam ją głęboko w dupie ;-)
Więcej na moim www.
Polecam: Snowboard Sklep Snow4Life
Portal o treningu siłowym i funkcjonalnym mojego autorstwa


baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy shovel.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w kategorii

0-50 km

Dystans całkowity:5069.54 km (w terenie 2039.04 km; 40.22%)
Czas w ruchu:268:58
Średnia prędkość:17.65 km/h
Maksymalna prędkość:71.40 km/h
Suma podjazdów:47615 m
Maks. tętno maksymalne:177 (90 %)
Maks. tętno średnie:140 (71 %)
Suma kalorii:11935 kcal
Liczba aktywności:210
Średnio na aktywność:24.14 km i 1h 23m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
14.00 km 14.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:42.50 km/h
Temperatura:-5.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:450 m
Kalorie: kcal

w Góry na Gaiki z EMTB

Niedziela, 23 stycznia 2011 · dodano: 09.02.2011 | Komentarze 1

Kilometry podane orientacyjnie, czasu jazdy nawet nie zgaduję ;-)
Ot taka wycieczka integracyjna, wspomagana zewnętrznie - busik Harry'ego służył nam za 'wyciąg drogowy' który nas zawiózł najpierw na przełęcz Przegibek, a później - po dwukrotnym zaliczeniu Gaików (raz sami się "wtaszczyliśmy!" ;-) w okolice Magurki gdzie zwiedzaliśmy lokalne ścieżki i pomagaliśmy wypchać najpierw z choinki jakiegoś Suzuki SX4, a później ratowaliśmy przed spadnięciem w przepaść busik Harrego. Enduro pełną gębą, nie ma co;-)

ale po kolei...


Busik Harrego i część ekipy - było nas łącznie 8 sztuk...

... wystartowalismy z tradycyjnym opóźnieniem z bielska około 10:30. Najpierw busikowy teleport na Przegibek, później podjazd na Gaiki.
Tak - podjazd :-) Większość drogi dało się jechać, chociaż sypiący od rana śnieg coraz bardziej utrudniał jazdę. Ostatecznie na Gaikach znaleźliśmy się za około pół godziny. Chwila pauzy - ubieranie ochraniaczy, kamerki ;-) i innych takich i zacznynamy zjazd "legendarnym niebieskim".


fragment zjazdu z Gaików - prostsze fragmenty na dole


na Gaikach...


jako kamerzysta nie robiłem fot - przez to dzisiaj prawie same moje;-)


... a lekko nie było.

Niedługo przed końcem szlaku odbiliśmy w lokalesom-tylko-znane drogi leśne i zaczęliśmy mozolny podjazd/podejście na Gaiki z drugiej strony.
Tym razem czas wejścia był dłuższy, ale to też zrozumiałe ze względu na nieprzetarcie szlaków.


mało przyjemne podejscie
Po ponad godzinie dotarliśmy na szczyt skąd zaczęliśmy dośc szybko zjazd czerwonym szlakiem. Co tu dużo gadać - był flow :)
Dużo przyjemnych fragmentów, szybkich, poprzerywanych krótkimi technicznymi odcinkami.
To co tygryski lubią najbardziej


... mieliśmy tez jedną Endurową Tygrysicę w składzie ;-)


na zjeździe czerwonym jest wiele miejsc gdzie można przyspieszyć...

Filmik na Vimeo


Po zjechaniu czerwonego nie pozostało nam nic innego jak tylko transport do samochodów i ponowny wjazd busikiem na Magurkę, tym razem w celu penetracji sekretnych scieżek :)
Niestety na dole ekipa się trochę wykruszyła, ostatecznie na Magurkę pojechało nas 6 osób.
Podróż była z przygodami - busik Harrego mimo łańcuchów średnio sobie radził z grubą warstwą świeżego puchu, co w ostatecznym rozrachunku doprowadziło do jego postawienia bokiem.... ale popchaliśmy i harry zjechał.

Dalej trafiliśmy na lokalne ściezki prowadzące przez bardzo urozmaicony teren...co tu dużo gadać - rewelacja. Było wszystko - muldy, ścianki, odcinki szybkie i techniczne...



Ogółem wypad bardzo udany, jak i wszystkie w dobrym towarzystwie :)

Dane wyjazdu:
27.00 km 22.00 km teren
04:12 h 6.43 km/h:
Maks. pr.:44.90 km/h
Temperatura:-4.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1150 m
Kalorie: kcal

Posylwestrowe "Odprocentowanie" z EMTB

Niedziela, 2 stycznia 2011 · dodano: 06.01.2011 | Komentarze 15

Wycieczka "posylwestrowa" z ludźmi z najlepszego forum rowerowego w polsce - EMTB ;-)
O poziomie integracji forum może świadczyć fakt że tego "ciężkiego" poranka na parkingu pod Dębowcem zjawiło się 14 osób, a część z nich dojechała na miejsce pokonując samochodem okolice 100 kiloemtrów.


jedna z bojówek endurowych na podjeździe ;-)


podjazd na Szyndzielnie... po raz który to?

Start umówiony był na 10, i w okolicach tej godziny ruszyliśmy z Dębowca na Szyndzielnię. Podjazd szedł całkiem sprawnie jak na tak dużą grupę i warunki zimowe.
Po drodze było trochę "zabawy" - w szczególności w formie turnieju "enduraki tańczą na lodzie". Zwycięzcą konkursu został Kondi, który jako jedyny przejechał na zwykłych oponach lód bez gleby. Sretsam również pokonał tą przeszkodę, ale został zdyskwalifikowany ze względu na kolce :)


Arepo tańczy na lodzie ;-)


moja gleba

Podjazd na Szyndzielnię idzie całkiem sprawnie, i po niewiele ponad godzinie cała grupa znajduje się przy schronisku. Po krótkiej pauzie jedziemy w kierunku miejsca docelowego - Klimczoka i tamtejszego schroniska.

Przejezdność szlaku była całkiem niezła, pomijając ostatnie podejście na szczyt Klimczoka - sporo luźnego sniegu utrudniało wjazd - w efekcie na szczyt "w siodle" wjechali tylko Kondi i Harry.


tuż przed szczytem Klimczoka


nasze miejsce docelowe


A tyle nas było...


zjeszcze widoki ;-)

Po robieniu pamiątkowych zdjęć na Klimczoku przyszedł czas na zjazd. Najpierw zjechali fotografowie którzy się okopali w różnych częściach stoku, później przyszła kolej na nas...
Coś tam Pan wyciągowy na nas fukał, ale jakoś bez większego przekonania.
A zabawa była przednia:-)


zjazd z Klimczoka - fot. Sretsam


zjazd z Klimczoka - fot. Sretsam


zjazd z Klimczoka - fot. Spoonman

W schronisku dość sporo ludzi, ale szczęśliwie udało nam się znaleźć miejsca siedzące. Obiad, rozmowy... po około godzinie zbieramy się w kierunku Szyndzielni - ten kierunek (w dół) nastrawiał dosyć pozytywnie :)


przejazd spod schroniska


chwila pauzy między Klimczokiem a Szyndzielnią

Podczas jazdy na Szyndzielnię po raz kolejny udało mi się solidnie przydzwonić. A specjalnie zrobiłem lukę do ludzi przede mną bo wydawało mi się że za wolno jadą...

Na Szyndzielni chciałem dopompować tylne koło i w ramach urozmaicenia urwałem wentyl z nowej dętki Fossa. Pech to pech. Na szczęście zmianę wykonałem ekspresowo :)

Dalsza część zjazdu to zielony szlak z późniejszym odbiciem na traskę DH w Wapienicy.
Ten przejazd szedł mi średnio, zaliczyłem jeszcze ze 2 gleby, ale i tak było nieźle.

szkoła noszenia rowerów im. shovela -> podejście na Cyberniok

Jedynie późniejszy przejazd z Wapienicy spowrotem pod Szyndzielnię (asfaltem) był średnio przyjemny.

Na parkingu pod Dębowcem pożegnaliśmy większość ekipy i w okrojonym, 5-cio osobywm składzie pojechaliśmy w kierunku wyciągu, a tam - korzystając z wygód - na szyndzielnię, skąd później zjeżdżaliśmy "nightride'owo".
Ten drugi zjazd- w całości zielonym szlakiem - był dla mnie zdecydowanie przyjemniejszy, szybszy i ogólnie - lepszy. Może to że poprzedni zjazd był bardziej "rwany" (duża grupa, czekanie) i brakowało mi flow...
Niestety na samym końcu, przy zjeździe z Dębowca zostałem pierwszym z EMTB który przysnejczył Fossa. Coś pecha mi przyniosły te dętki ;-)
ale snejk był uzasadniony - przy ~40 km/h wpadłem w duży kamień, bo patrzyłem się gdzie Kondi jedzie żeby mu drogi nie zajechać wyjeżdżając z bocznej ścieżki.
Efekt wpadnięcia na kamień to wgniecenie na obręczy, boczne bicie, przebita dętka i wgniot na ramie.
No ale... w tej sytuacji ta dętka miała prawo "pójść"


tradycyjne foto pamiątkowe

Podsumowując - wyjazd bardzo udany. Świetna atmosfera, niezapomniane miny turystów , którzy nie spodziewali się rowerowej "świętej inkwizycji" w górach, no i w trochę ruchu ;-)

Sezon się dobrze zapowiada.

profil

Track GPS

Dane wyjazdu:
11.50 km 11.50 km teren
h km/h:
Maks. pr.:39.00 km/h
Temperatura:-8.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:700 m
Kalorie: kcal

Enduro Sylwester 2010/2011

Sobota, 1 stycznia 2011 · dodano: 05.01.2011 | Komentarze 2

Dość spontaniczny to mało powiedziane.
O tym że jadę w góry na Sylwester zadecydowałem 30 grudnia o 23:00. Spoonman planował taki wyjazd ale nie umiał nikogo wyciągnąć więc... no cóż, dałem się wyciągnąć :-) Zresztą - ze mną jak z dzieckiem - za rączkę i w góry.
W samego Sylwestra dołączył do nas Kartonier... Spoon podołał wyzwaniu i załatwił większe auto.

Chłopaki podjechali po mnie po 20... spóźnieni! Ja to spóźnienie jeszcze pogłębiłem wyciągając ich na herbatkę.
W końcu pojechaliśmy ode mnie około 21, po małych perturbacjach związanych z pakowaniem 3 dużych rowerów i 3 dużych ludków do jednego Opla Merivy ;-)
Dało radę:)

Start z Rzyk około 23, na Leskowiec wjeżdżali / szli / wjeżdżaliśmy czarnym szlakiem, przechodząc później w serduszkowy (przejezdny!) i czerwony (względnie przejezdny)

Niestety nie zdążyliśmy na powitanie Nowego Roku na szczycie Leskowca - zdążyliśmy na Groń Jana Pawła II


jeśli użyjecie trochę wyobraźni - zobaczycie fajerwerki:-)

Po chwili spędzonej na fotografowaniu i oglądaniu wybuchów petard "pociągnęliśmy" jeszcze parę metrów w górę po to, aby zjechać pod schronisko.
W tym miejscu ja zaliczyłem 1 spotkanie z choinką w Nowym Roku, ale sam przyjazd na rowerze zrobił na gawiedzi niezłe wrażenie (jeden z uczestników imprezy jak mnie zobaczył na rowerze wybąkał "ja pier**le, ja dzisiaj więcej nie piję..."

Po chwili zjechali na miejsce Spoon i Kartonier, mimo "błagań" ;-) nie pożyczyliśmy rowerów, i pojechaliśmy na Leskowiec gdzie spotkaliśmy 4 osobową grupkę witającą Nowy Rok na szczycie - pozdrawiamy!
I dziękujemy za tą odrobinę alkoholu - grzańca - bo nie mieliśmy nic ze sobą, a tak przynajmniej jakiś 'pseudo-toast' był
Po chwili rozmowy i udostępniania naszych rowerów na potrzeby fotografii ;-) zabraliśmy się za cykanie fotek i przygotowywanie do zjazdu.


ekipa Sylwestrowa - Spoonman, Kartonier, ja

Pierwszą glebę zjazdu oczywiście musiałem zaliczyć ja, no bo któż by inny? :-)
No nic, pozbierałem się i jedziemy dalej. Zjeżdżaliśmy tą samą drogą którą wjeżdżaliśmy. Na górze trakcja była dosyć marna, za to było parę zabawnych sytuacji - jak choćby mój obrót o 180 stopni przy ~30 km/h... do teraz nie wiem o co chodziło i jak to się stało że zamiast jechać do przodu stałem obok trasy w kierunku "podjazdowym".

Spoonman na czarnym szlaku

W międzyczasie się okazało że Kartonier jest zjazdowcem zimowym niekulawym, i gonienie go było moją ambicją tej nocy.
Całkiem sprawnie mi to szło, nie licząc kilkudziesięciu podpórek ;-)

Zjazd minął nam zbyt szybko, przez co zdecydowaliśmy się podejść ponownie kawałek czarnym i pobawić się trochę oraz porobić zdjęcia.
W dolnym odcinku śniegu było mało, trakcja względnie dobra... można było się pokusić :)


ach ci paparazzi...


Spoonmana też upolowali!

Po dłuższej zabawie stwierdziliśmy że czas się zbierać... spod Leskowca zebraliśmy się grubo po 4, do domu dotarłem przed 6..


pakowanie

Wyjazd - jak większość spontanów - świetny. Doborowe towarzystwo (choć nieliczne), dużo zabawy, może nie za wiele kilometrów, ale od czegoś rok trzeba zacząć:)

Dane wyjazdu:
28.60 km 20.00 km teren
03:50 h 7.46 km/h:
Maks. pr.:45.50 km/h
Temperatura:-5.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1150 m
Kalorie: kcal

Coś się tu Żarzy - Beskid Mały z EMTB :)

Poniedziałek, 27 grudnia 2010 · dodano: 05.01.2011 | Komentarze 4

Poświąteczny wypad z ludźmi z forum EMTB - Tomkem Dębcem, Tokasito i Kashą.

Start około 11 z parkingu przy kolejce na Żarze - na szczyt wjeżdżamy kolejką - nikomu się nie uśmiecha "rozgrzewka" asfaltem..
Chłopaki robią na gorze jakieś zdjęcia, ja ubieram ochraniacze i ruszmay w dół.
Muszę mówić że jest ciekawie?
Zmrożone zaspy na czerwonym szlaku formują pagórki - jedne calkowicie twarde, inne - lekko zapadające sie. Często nastepują szybko po sobie, a wcale małe nie są - pół metra - czasem trochę więcej.
Prawie każdy poza chyba Tomkiem Dębcem na tym odcinku "zaliczył glebę", jednak było to ciekawe urozmaicenie po jeździe po łatwych i już zimowo "oblatanych" szlakach w rejonie Szyndzielni.

Zjazd czerwonym szlakiem kończy się niespodzianką - tuż przed zabudowaniami mamy ponad 2 metrowe urwisko spowodowane przez ruchy osuwiskowe w z wiosny-lata 2010.
To miejsce jest o tyle niebezpieczne że szlak wyżej aż zachęca do szybkiej jazdy, a tutaj niespodzianka - dwumetrowy "drop" mógłby się skończyć nieciekawie...
Tomek D na szczęście hamuje w porę i ostrzega nas przed "niespodzianką"
Pewno tu niedługo Ghetto Freeriders wpadną i będa kombinować jak to zjechać :-)

Po zjeździe z żaru druga część "wycieczki" - teleport na drugą stronę jeziora i podjazd na Hrobaczą Łąkę.
Do końca zabudowań można było jechać w siodle, później była to już cięzka walka w koleinach i głębokim śniegu, a ostatnie fragmenty trzeba było już prowadzić.


TeDe i Tokasito na podjeździe


gleba?


mój alu-rumak na tle drzew ;-)


tutaj już trzeba było prowadzić

Do schroniska docieramy przed 13. Niestety - w schronisku panuje zewnętrzna temperatura, a opiekun schroniska okazuje się dosyć zamotany...
O tym jakie tam panowały warunki może trochę powiedzieć to, że po tym jak my dotarliśmy na miejsce, doszły 2 grupy turystów i temperatura wewnątrz wzrosła do 5 stopni...
Na miejscu zmiana planow - miał być szybki zjazd i powrót, udało misię chłopaków namówić na przejazd na Gaiki - korzystając z dość dobrych, jak na zimę, warunków


niebo było przebłękitne...


część zjazdowo-trawersowa: Kasha i Tokasito


ja tez się tam gdzieś plątałem

Na Gaiki droga minęła bez większych problemów, chociaż szlak był słabo rozdeptany i w wielu miejscach było cięzko jechać.
O dziwo kompletnie nie wiało, a w atmosferze zaszła inwersja - w górach było cieplej niż w dolinach.


Tomek Dębiec jedzie w kierunku Gaików.

Dalsza częśc to szlak zielony do Międzybrodzia, który dość leniwo opada w dół. W lecie może to być dośc ciekawa opcja podjazdowa, w zimie - trochę miejscami brakowało stromizny, ale jechało się dość dobrze.
O przy czerwonym szlaku możemy mówić o "słabym rozchodzeniu" przez turystów, o tyle na zielonym w wielu miejscach ludzka stopa jeszcze w zimie nie stanęła.
Podczas zjazdu udało mi się wyrwać plastikowe mocowania trzymające linkę hamulcową i przerzutkowa jakimś patykiem, no ale przy pomocy magicznych zipów udało się sytuację opanować :)


na zielonym szlaku


ślady rowerów i pchających je butow :)


ostatni fragment zjazdu

Trochę dalej siodło urwał tokasito, co zmusiło go do pominięcia części powrotowej na Żar asfaltem, i integracji z miejscowym folklorem barowym.
W drodze powrotnej na Żar najpierw miałem możliwość trochę "pogonić" Tomka, który wrzucił żelazne tempo, a potem - przetestowania rowerka Commencal Meta 6, którego do testów Tomkowi udostępniła firma Horizon Bikes.
Co tu dużo gadać - ciekawa konstrukcja, bo mimo jednozawiasowego systemu amortyzacji rower nie buja / buja niewyczuwalnie na asfalcie.
Więcej informacji o tym cudzie możecie znaleźć na stronie Horizon Bikes

Podjazd trochę mnie pomęczył - szczególnie biorąc pod uwagę fakt ze przy "wyrywaniu linek" trochę rozregulowałem tylną przerzutkę i musiałem podjeżdżać na przełożeniu 22x24T co było niezbyt przyjemne:)


profil

Track GPS (pożyczony od Tomka Dębca)

Dane wyjazdu:
17.30 km 17.30 km teren
03:40 h 4.72 km/h:
Maks. pr.:47.20 km/h
Temperatura:-10.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:850 m
Kalorie: kcal

w poszukiwaniu Yeti z EMTB

Niedziela, 19 grudnia 2010 · dodano: 04.01.2011 | Komentarze 0

Przedświąteczny wypad z ekipa EMTB w składzie Kondi, Kartonier, Nokiann i ja.
Dzisiejszym celem jest poszukiwanie śladów Yeti w masywie Szyndzielni / Klimczoka, i uraczenie się obiadem w schronisku na Klimczoku.
Ten drugi cel niestety nie zostaje osiągnięty, ale powoli...

U stóp Szyndzielni wita nas niezła zadymka. Silny wiatr który lekko napawa mnie zwątpieniem... no ale co to za enduro bez hardkoru, poza tym - Kondi - Kołcz miał podręczny, przypiersiowy motywator typu Jagermeister.


bez motyywatora ani rusz...


dolna część szlaku - na szczęście osłonięta od wiatru


skład w komplecie

Podjazd na Szyndzielnię szedł mozolnie. W zasadzie to dzisiaj cięzko było mówić o jakiejś płynnej jeździe - mniej niż połowę dystansu w górę pokonaliśmy w siodle, reszta to pchanie lub noszenie. Śnieg był w ogóle nie ubity, i nawet bardzo szerokie opony się w nim zapadały.
No cóż - spacerki w górach też są przyjemne :-)


jeszcze jeden i byłaby olimpiada


C'est moi! na tle Bielska :)


"po co jechać skoro można iść?" - Kondi Kołcz 2010

Po wyjściu nad "Saharę" wiatr wzmógł się dość znacznie. W momencie w którym doszlismy do złączenia czerwonego szlaku z zielonym robiło się już naprawdę nieciekawie... Zadymka z podnóża góry to był "lajcik" w porównaniu do tego co na nas czekało na górze.
Ale co to za enduro bez zadymy ;-)


Noł Kołcz foto

Warun pogodowy zmusił nas do weryfikacji planu i porzucenia myśli o "ciśnięciu" na Klimczok. Obiad zjedliśmy na Szyndzielni... no nie było to złe, ale do kuchni z Klimczoka schron na Szyndzielni się nie umywa. Niestety :-(

Pierwszy zjazd tego dnia przejechaliśmy miksując szlak czerwony (w górnej i dolnej części) z zielonym (w części środkowej).
Szło to różnie, ale fun był!


śnieżne enduro ma swoje uroki ...


... takie jak niemal bezbolesne gleby

Po zjechaniu na dół stwierdziliśmy że jednak pozostał nam niedosyt, w związku z czym ruszyliśmy do kolejki, i po raz drugi wysokośc nabralismy w sposób ekspresowy.
Zjazd nr. 2 to cały czerwony szlak z krótką przerwą na foto. W trakcie cykania fotek trafiliśmy na Yeti, jednak jego magnetyczna osobowość rozkalibrowała Kartonierski aparat i wyszedł niewyraźny...


a foto bez yeti było ok!


profil trasy

Zjazd na dół jak dla mnie rewelacyjny - było co robić, bo czerwony już mocno "posypało", było przy tym szybko i... fajnie :)

Track GPs

Dane wyjazdu:
17.05 km 17.00 km teren
03:20 h 5.12 km/h:
Maks. pr.:44.20 km/h
Temperatura:-8.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:952 m
Kalorie: kcal

Klimczok ze Spoonmanem i Atoomem

Niedziela, 5 grudnia 2010 · dodano: 03.01.2011 | Komentarze 3

Pierwszy "grupowy" wypad tej zimy. Startowaliśmy spod Dębowca w trzyosobowym składzie (Spoonman, Aatoom i ja), droga na Szyndzielnie upłynęła nam na zabawie i walce z nieudeptanym jeszcze śniegiem. Trochę czasu ten podjazd zajął, ale... po drodze znaleźliśmy sobie sposoby uprzyjemniania czasu :)


zabawa w moim wykonaniu


Pan z tyłu nie był częścią wycieczki ;-)


EMTB było tutaj ;-)

Im wyżej tym podjazd szedł coraz trudniej, a od "Sahary" zaczął dosłownie "iść" - sporą część drogi na Szyndzielnie musieliśmy pokonać "z buta" a przy złączeniu czerwonego szlaku z żółtym "odpadł" od nas Aatoom, na którego czekał obiad w domu.
Na nas tez czekał obiad, ale na Klimczoku:)


Aatoomowa down skarpa ;-). Kto poznaje - gdzie to?


mi już tak zgrabnie nie wyszło


a oto Spoonman

Po drodze na Klimczok zatrzymaliśmy się na chwilę na Szyndzielni. Pod schronisko udało sie nawet wjechać :)
Część dalsza to był podjazdo-wypych-wypycho-podjazd , ale i tak było fajnie. Na grani dośc mocny wiatr i nawiane zaspy utrudniające jazdę, ale to i tak było nic w porównaniu z tymi, na które trafiłem niemal dokładnie tydzień później pokonując tą trasę z dziewczyną.


na Szyndzielni


sekcja spacerowa wycieczki


widoki dopisywały...


Szpadel z łopatką

Na Klimczoku zjedliśmy obiad - ja tradycyjnie raczyłem się gulaszem (serwują przepyszny), Spoonman dorwał jadło drwala. Po ok. godzinnym odpoczynku przyszedł czas na drogę powrotną - lampki w dłoń... a raczej na kierę i kask i ruszamy spowrotem.

Do Szyndzielni było jeszcze kilka sekcji do pchania, później już w zasadzie tylko jazda. W międzyczasie nawiało trochę śniegu, więc co rusz ładowaliśmy się w zaspy.

W okolicach szczytu Szyndzielni pamiątkowe foto, spotkanie z grupą ludzi na skuterach śnieżnych,no i w dół...


pamiątkowe foto

Zjazd ogarnęlismy w początkowej fazie czerwonym, później bardziej stromo - zielonym, aby znowu wrócić na czerwony poniżej przełęczy - podejrzewałem że częśc "rynnowa" może być już mocno zasypana.

Na dole przy schronisku na Dębowcu i kawałek niżej jeszcze chwilka "funu", parę zdjęć i zbieramy się do domu...


fun


jak widać - nie każdemu musi się udawać:)

Podsumowując - świetny wyjazd, pierwszy na platformach od... W sumie to na platformach nigdy nei jeździłem, na zwykłych pedałach jedynie. I to i tak zarzuciłem w styczniu 2009.
Ale w zimie, w górach platformy to chyba mus - podczas jazdy trzeba się często podpierać, sytuacji ryzykownych multum, więc lepiej postawić na bezpieczeństwo.


profil trasy
track gps

Dane wyjazdu:
11.72 km 11.50 km teren
01:20 h 8.79 km/h:
Maks. pr.:42.10 km/h
Temperatura:-2.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:727 m
Kalorie: kcal

Śnieżne enduro ;-)

Niedziela, 28 listopada 2010 · dodano: 28.11.2010 | Komentarze 4

Poranny SMS. "Gdzie jesteś?"... Gdzie jesteś, gdzie jesteś... kurna w łóżku. Która jest godzina?9:40? Ja je**ie. Zaspałem. Co robić? Późno już, zanim dojadę w góry trochę czasu minie... Czy warto? EEEE... Warto!
Szybkie śniadanie, rower pakuje do Uniaka (bo Escort poszedł na złom w tym tygodniu) i chwilę przed 12 docieram do parkingu pod Dębowcem. Rozpakowywanie Zanim rower rozpakowałem i wyregulowałem minęło kolejnych 20-30 minut, ostacznie zanim ruszyłem zdązyłem już trochę zmarznąć. Trudno, rozgrzeję się po drodze.

Pocieszające było to, że już po paruset metrach, tuż przed schroniskiem nad Dębowcu napotkałem na 1go rowerzystę tego dnia(swoją drogą, zawsze mnie bawiło określanie tego obiektu "schroniskiem" - kurna przed czym tu się chronić w mieście? Może przed dzikimi lokalesami?)

Podjazd jechało się całkiem sprawnie, i po godzinie byłem już pod schroniskiem na Szyndzielni, tam chwilka postoju, wszamanie Snickersa, pamiątkowe fotki, ubieranie ochronek i w dół. A właściwie to początkowo było w górę, bo myślałem o zdobyciu jeszcze dzisiaj Klimczoka, ale po chwili namysłu stwierdziłem że lepiej jak zjadę od razu, bo mam sporo pracy na jutro i nie powinienem się obijać aż tyle.

Pod schroniskiem na Szyndzielni


Rower ma na sobie jeszcze całkiem sporo Babiogórskiego błotka

Zjazd na dół w całości zielonym szlakiem - jechało się bardzo fajnie :) Na górze, na tych bardziej stromych, kamienistych fragmentach zaliczyłem ze 2-3 podpórki, ale gleby nie było:) Niżej, czyli w zasadzie od 2go przecięcia szlaku z czerwonym, jazda już była bardzo płynna i wbrew zapowiedziom grupy turystów że mnie będa zbierać ze szlaku za chwilę udało się dojechać w dół bez żadnych problemów:)

Prędkości może nie były astronomiczne - w zakresie 30-40 km/h, ale jak na pierwszy raz od miesięcy na śniegu... było całkiem ok:)

swoją drogą - zauważyłem ze ostatnio stosunek kilometrów przejechanych autem do tych przejechanych rowerem ustalił się na 10:1, mam nadzieje że tak nie będzie przez całą zimę, bo w końcu rowerowanie powinno być sportem pro-ekologicznym:)

Track GPS

Dane wyjazdu:
17.20 km 16.50 km teren
03:30 h 4.91 km/h:
Maks. pr.:48.80 km/h
Temperatura:-2.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1080 m
Kalorie: kcal
Rower:

Unfinished business

Niedziela, 21 listopada 2010 · dodano: 21.11.2010 | Komentarze 11

2:40... alarm w telefonie, ale ja i tak już nie śpię od dobrych 10 minut. Już czas się zbierać, kilometrów do pokonania samochodem jest trochę.
Pakuję się, włączam radio, akurat się zaczyna "Midlife Crisis" Faith No More. To nie może być przypadek, szykuje się coś większego...


Do celu blisko 110 km, a po drodze psychika zalicza pierwszy test - rzęsisty deszcz w okolicach Suchej Beskidzkiej i Makowa Podhalańskiego. Niedobrze, oby na miejscu było sucho.
Przed Wadowicami blisko 20 minut postoju na zamkniętym przejeździe kolejowym. Dróżnik usnął? W końcu się toczy jakiś skład, ruszam dalej.

Do celu podróży samochodem docieram o 5 z minutami. Wypakowuje rower, światła, zakładam zbroję. Zimno. Szlag by trafił takie pomysły... Trudno. Nikt mi nie kazał, jestem na własne życzenie. Czas zacząć wyścig z czasem...
Po kilkuset metrach asfaltem a później błotną drogą docieram do żółtego szlaku, przekraczam granice i jadę do góry. Zgodnie z moimi przypuszczeniami szlakiem jedzie się bardzo dobrze, chociaż co jakiś czas wyrzucają mnie z siodła uślizgi na liściach czy też luźne kamienie.
A jeśli chodzi o liście - jest ich masaa....

Szlak trochę się zmienił od ostatniej mojej wizyty, niestety na gorsze. Wichury zniszczyły wiele drzew, oprócz tego widać że pojęcie zwózka jest leśnikom nawet na terenie Parku Narodowego nieobece.

O 6:30 jest już jasne że nie zdążę na wschód słońca. Ale to może i dobrze, bo jak się okazało później, niektóre fragmenty szlaku i za dnia były skrajnie nieprzyjazne...

Chwilę przed 7 pierwszy postój przy osuwisku, kawałek wolnej przestrzeni to i zdjęcia. Kiedy przystanąłem, rozejrzałem się... stwierdziłem że było warto tak wcześnie wstawać.


Pierwsze promienie słońca


Może nie było to oglądanie wschodu "bezpośrednio" ale też miało to swój urok...

Jako że byłem już od jakiegoś czasu na szlaku łączonym czerwonym / żółtym jazda szła bardzo sprawnie. Do schroniska dotarłem chwilę po siódmej, pierwsza proba podjazdu na przełęcz... nie, to się nie da. Rower na plecy i spacerek... Do przełęczy udaje się przejechać dosłownie sto metrów, reszta to noszenie / pchanie. dotarłem tam jakoś w okolicach godziny ósmej, pierwsi turyści już schodzili, no cóż - oni może ten wschód obejrzeli...

Mnie tymczasem czekały bardzo strome schody, których pokonanie z rowerem na plecach zajęło mi dobre 15 minut... Przy okazji po raz kolejny okazało się że zbroja się przydaje - rower się bardzo dobrze podpiera na plastikach:)


na przełęczy dzień już w pełni


doskonała przejrzystość powietrza - nocne opady musiały "zmieść" zanieczyszczenia


tamte pasmo miało również zostać dzisiaj zdobyte

Na przełęczy chwila na odpoczynek, ubranie (na moje szczęście!) kurtki z windstopperem, kominiarki i w drogę. O ile niżej temperatura była dodatnia i było całkiem przyjemnie, o tyle na już na poziomie 1100 metrów przebiegała dzisiaj granica "zamarzalności". A Przełęcz przecież jest położona na ponad 1400 metrach...


celu jeszcze nie widać

Początkowe metry przejeżdżam bardzo sprawnie - choinki i kosodrzewina dobrze chroni od wiatru. W międzyczasie oswajam się z tym, że nie będzie mi dane dzisiaj zbyt szybkie zjeżdżanie w tym terenie - sporo szronu, lodu - ślisko...


kolejne widoki. Coś leniwie ten dzień wstaje... a może to cień Wielkiej Góry robi taki efekt?


w drodze powrotnej tą "ściankę", jako jedyną na trasie, udaje mi się zjechać

Im wyżej tym chłodniej - to normalne. Ale dzisiaj było to szczególnie zauważalne - o ile jeszcze na Przełęczy szronu było relatywnie mało, o tyle na wysokości 1500-1550 metrów jest już go sporo, a cała kosodrzewina jest jakby "polana" lodową polewą.


rzut okiem w kierunku mniejszej siostry


co tam się kotłuje?

Po wyjściu powyżej linii kosodrzewiny, na wysokość ~1650 metrów mogłem już całkowicie zapomnieć o jeździe. Wiatr był tak silny, że wywrócił mnie dwukrotnie razem z prowadzonym przeze mnie rowerem, a lekki nie jestem - 75 kg + plecak + rower? jakieś 95-100 kg wagi łącznej. Roweru nie można było też nieść, bo działał jak spadochron, który w tych warunkach pociągnąłby mnie w przepaść.
Przedzieram się dalej w kierunku szczytu, chociaż warunki robią się coraz bardziej ekstremalne. Wydychana para z ust zamarza w przeciągu sekund na okularach, brwiach, nosie. Trudno powiedzieć ile to było w km/h. 70?80?100? w dolinach takich wiatrów nie ma...
Co chwilę szukam schronienia za usypanymi kupkami - kurhanami. Idę dalej...
... ale ta wędrówka ma swój kres. Na wysokości ok. 1705 metrów, na kilkadziesiąt metrów przed osiągnięciem celu musiałem odpuścić. Nie miałem siły iść wyżej, nie potrafiłem utrzymać się na oblodzonych kamieniach... no i przede wszystkim - nie miałem żadnego pomysłu jak wciągnąć na górę rower w tych warunkach.
Dobrnąłem do kamiennej zasłony, gdzie przełknęłem pół bułki z goryczą porażki.. tak blisko a jednak tak daleko. Nie udało się.
W międzyczasie dochodzi piechur, schodzący z góry który mówi że tam jest jeszcze gorzej (a może być?) Jego zegarek wystawiony na wiatr po chwili pokazuje temperaturę -14 stopni. To pewnie tłumaczy dlaczego na systemie nośnym plecaka pojawił się lód, a mój - jakby na to nie patrzeć - dobry, zimowy zestaw ubrań nie dawał rady.


miejsce mojej kapitulacji...
Po chwili piechur skierował się w dół, a ja ubrałem w tym czasie ochraniacze na kolana, bardziej po to żeby móc schodzić na czworaka aniżeli żeby zjeżdżać. Zziębnięty wcale nie miałem specjalnej ochoty wychodzić na tą pizgawicę, no ale jak trzeba to trzeba.

Powrót na otwartej przestrzeni był jeszcze gorszy, ale jakoś udało mi się dobrnąć do kosówki, gdzie w końcu wiatr się uspokoił. Wsiadam na rower, chcę się wpiąć... dupa! nic z tego. Blok z butów pozostał gdzieś na trasie, a więc po raz drugi w ciągu 2 miesięcy będę zjeżdżał "na jednej nodze", tylko że tym razem ta górka nie ma 800 m npm...

Chwilę później orientuję się że przerzutki zamarzły - no nic, trzeba rozruszać... wyjścia linek były oblepione 2-3 mm warstwą lodu.
Ok, udało się.. Nawet w pewnym momencie zaczęło mi się względnie sprawnie jechać - udało się pokonać pierwszą ściankę, drugą - większą - sobie odpuściłem, bo powrót helikopterem drogą okrężną przez szpital mi średnio odpowiadał.


widoki były najlepszym środkiem uspokajającym


rzadki rzut okiem na słowacką stronę

Po zjeździe do Przełęczy chwila na podziwianie widoków, parę fotek... Fajnie jest. Gdyby nie ten wyrwany SPD'ek pewnie objechałbym to-co-niezdobyte dołem i zdobył co nieco z pasma Policy.

Pasmo Jałowieckie. Niby wysokie góry, a jakieś takie karłowate się wydają ;-)

Zjazd z przełęczy drogą męki okazał się prostszy niż myślałem. O ile pierwsze schody musiałem sprowadzić - te najbardziej strome - zresztą... z tego co wiem tylko nieliczni tędy potrafią zjechać :)
O tyle cała następna część poszła mi bardzo sprawnie. Niestety ruch turystyczny trochę się nasilał, a koło schroniska zaparkowany był wóz parkowców, więc tamtą okolicę grzecznie przeprowadziłem.
Po wjechaniu spowrotem na czerwony/żółty spokojny zjazd do samochodu, jeszcze tylko kilka podpórek i jedna prawie-gleba i jestem na miejscu.
Niestety duża ilość błota i liści trochę zabrała przyjemności ze zjazdu, ale może to i dobrze - bo był przynajmniej trochę dłuższy...

tracka GPS dzisiaj nie ma - urządzenie zamarzło i zdechło, powoli dochodzi do siebie:) Punkt startowy 695m, docelowy 1725m, osiągnięty ~1705m, łącznie przewyższeń ok. 1080 metrów (uwzględniając spadki)

Jeszcze ostatnie foto z wyjazdu... który traktuje jako swego rodzaju "unfinished business" - do poprawy w przyszłym roku.


Za dzisiejszy wypad przysługuje mu dodatek za pracę w warunkach szkodliwych

Dane wyjazdu:
17.20 km 11.00 km teren
03:20 h 5.16 km/h:
Maks. pr.:53.00 km/h
Temperatura:12.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1040 m
Kalorie: kcal

Pilsko na deser

Niedziela, 14 listopada 2010 · dodano: 14.11.2010 | Komentarze 9

Krótki kilometrażowo, ale wymagający kondycyjnie wypad na zakończenie weekendu endurowego. Dzisiaj była świetna pogoda, w związku z czym fotek jest dość dużo... całe 21 :)

Wystartowaliśmy z Przemkiem około 11 z Korbielowa, spod Smreka, i rozpoczęliśmy podjazd żółtym szlakiem w kierunku Pilska. Czasem dobrze, że człowiek będąc u podnóża większej góry nie widzi jej szczytu, bo mógłby zwątpić...
Początek żółtego to asfaltowy podjazd, jednak szlak dość szybko z niego "schodzi", przechodząc przez strumień i prowadząc dalej bardzo urozmaiconym singlem.


początek szlaku jest dość niepozorny


podjazd jest bardzo urozmaicony;-)

Dzisiaj było dość mokro, więc podjeżdżało się raczejciężko. Brakowało przyczepności tylnego koła, a na żółtym szlaku jest bardzo dużo różnego rodzaju kamieni czy progów korzennych. W wielu miejscach przejeżdża / przechodzi się też przez klasyczne ogródki kamienne, z głazami wielkości sprzętu RTV... no może jedna lodówka też by się znalazła :-)
Dodatkowo - zacząłem odczuwać skutki piątkowej kontuzji kostki... i nie było to zbyt przyjemne:)


jedna z wielu kamiennych sekcji


tutaj jeszcze miałem nadzieję że szlak z czasem zrobi się łatwiejszy;-)


niestety ciąg dalszy wyglądał głównie tak...

Po pewnym czasie szlak dołącza do nartostrady / zielonego szlaku, by później odbić w las i na polankę prowadzącą do Hali Miziowej.
Tutaj próbując podjechac pod kolejny kamienny próg jakoś tak nieszczęśliwie się uśligzngęłem, że z całej siły przypieprzyłem kolanem w kierownicę... Na szczęście jej się nic nie stało ;-) Bo ja przez najbliższe 5 minut nie umiałem ustać na nogach. No ale... trzeba być twardkim nie miętkim :-)

Od momentu wejścia na polankę przed Halą Miziową mogłem na dłuższą chwilę zapomnieć o jeździe. Mokro, błotno... Wszelkie próby ruszenia kończyły się mieleniem w miejscu.

Ostatnie metry przed schroniskiem jednak udaje się pokonać w siodle, więc "hańby nie było" i dotarliśmy tam na kołach:-)
Mały posiłek regeneracyjny i dalej w górę na kopułę szczytową...


a na szczyt wchodzę tak ;-)


pchać też można, ale... chyba trudniej:-)

Niestety na szczyt wjechać się rowerem nie da. Jest za stromo, w dodatku dzisiaj było bardzo mokro/błotniście, i człowiek idąc po trawie ześlizgiwał się wraz z jej kępkami.. Aż się szczerze mówiąc dziwię, że przy takiej galaretowatej konsystencji ta część góry się nie osunęła jeszcze.
Od końca wyciągu da się już jechać w kosówce. Całkiem przyjemna odmiana :-)
W dodatku... wystarczy się obrócić, i zobaczyć że widok zapiera dech w piersiach :)


wystarczy się obrócić...


rzut oka w kierunku Trzech Kopców i Rysianki...

Prawdziwa nagroda za trudy wjazdu / wspinaczki czeka jednak na szczycie. Wspaniała panorama Tatr, Beskidów, pasm górskich Słowacji... Perfekcja! Naprawdę... warto było. Szkoda tylko że tyle ludzi wokół... będę musiał kiedyś odwiedzić to miejsce o wschodzie słońca.


panorama Tatr


Wielki Chocz - pomyliłem się jednak i to nie jest Wielki Rozsutec ;-)


...


Diablak

Po chwili spędzonej na szczycie przyszedł czas na uzbrajanie się i przygotowanie do zjazdu.
Przy okazji sobie "oblukałem" sprzęt od Przemka... no krzywdy to on zdecydowanie z nim nie ma :-)



Santa Cruz VP-Free, skok - 200/200 mm


pamiątkowa fotka - mój rower wygląda jak krosik przy sancie:)

W dół ruszamy początkowo zielonym szlakiem przez kosówkę- po to aby dotrzeć do granicy (bo Pilsko, jakby ktoś nie wiedział, jest na Słowacji).
Ten fragment jest bardzo przyjemny i zabawny, bo kosówka bardzo chętnie "przytrzymuje" podczas zjazdu


Przemek na jednym z wielu progów


ostatnie metry wypłaszczenia...

Jako zjazd obieramy niebieski szlak do przełęczy Glinne. Na mapie wygląda dość ciekawie, a będąc jeszcze na Hali Miziowej zadzwoniłem do Kartoniera, aby upewnić się co do tego, że jest przyjemny.
No cóż... był. A może i byłby, gdyby nie bylo tak mokro.

Fragmenty podszczytowe to zjazd praktycznie w strumieniu, na całej długości są wypłukane mini-wąwozy o szerokości 20-40 cm i głębokości sięgającej metra. Płynny zjazd uprzykrzają też "dziury niespodzianki".
Sekcję podszczytową zamyka spora ścianka - w pionie będzie z 20 metrów? Nachylenie dobre 60-70 stopni, oczywiście wypłukane koryto. Nawet nie próbowałem zjeżdżać :)


gleba Przemka + tu zaczyna się ścianka

Dalsza część zjazdu przebiega z małym "wałkiem", a mianowicie - znowu łapię snejka! Nokian ma chyba jakieś konszachty z wężami, bo na łysych Nobby Nicach nie łapałem kompletnie kapci, a na NBX'ach je łapie nawet kiedy pompuję ponad 3 atmosfery.


to te przyjemniejsze fragmenty szlaku. O zgrozo:P


zjeżdżałem tak szybko że Przemek nie zdążył fotki zrobić ;-)

Szlak graniczny ogólnie najbardziej przypomina rynsztok. Może w suchych warunkach byłoby trochę lepiej - mi brakowało przyczepności z tyłu, i ujeżdżałem praktycznie na wszystkim... szczególnie po snejku - bo wtedy dobiłem tył na 4 atmosfery.

Na szlaku sporo luźnych kamieni, dziur, uskoków korzennych, jakieś zwalone drzewka no i bardzo dużo wody.
W momencie kiedy szlak się wypłaszcza mamy dodatkowe urozmaicenie w postaci gigantycznego bagna - jedziemy cały czas w błocie, momentami sięgającym przerzutki tylnej...

Po zjeździe do drogi asfaltowej zjeżdżamy do miejsca, gdzie jest mozliwe zejście do strumienia i myjemy usyfione rowery... Przy okazji okazuje się że po raz drugi złapałem snejka (przy 4 bar w dętce!), ale na szczęście powietrze ucieka powoli, więc tylko dopompowuje i na szybko zjeżdżamy na parking...


mud on a tires

Track GPS



Dane wyjazdu:
29.40 km 28.00 km teren
03:22 h 8.73 km/h:
Maks. pr.:50.30 km/h
Temperatura:12.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1609 m
Kalorie: kcal

Okolice klimczoka z EMTB

Sobota, 13 listopada 2010 · dodano: 14.11.2010 | Komentarze 2

Wycieczka z ludźmi z forum EMTB. Zebrała się całkiem niezła ekipa - w porywach do 13 chłopa - co jak na tak późną porę roku jest całkiem niezłym wynikiem:)
Start spod Szyndzielni, 6-cio kilometrowy podjazd pod schronisko i chwila oczekiwania na dwójkę spóźnialskich.


jak widać niektórzy mają jeszcze radość z podjazdów ;-)


doskonała widoczność - widać było odległe o blisko 40 km elektrownie jaworzno i łaziska

Zjazd bez szlaku/zielonym, głównie singlami. Pierwszą glebę dzisiejszej wyprawy zaliczyłem ja -> trafilem na przykryty liścmi kamień co zakończyło się małym OTB.

Z Zielonego odbiliśmy na trasę downhillową do Wapienicy... w sumie - całkiem ciekawe urozmaicenie. Muldy, hopki, i skrywane pod liścmi kamienie skutecznie urozmaicały jazdę, a co poniektórzy przypłacili to bliskimi spotkaniami z Matką Ziemią. Aatomowi udała się ta sztuka 2x na odcinku 50 metrów:)

Traska zakończona jest ciekawą, 7-8 metrową ścianką, oczywicie przyprószoną na dole liścmi. Szczęśliwie nikt nie wyglebił:)


Paweł_BB rusza w "otchłań" ;-)


ta sama chwila z innej perspektywy (fot. sretsam)

Ogólnie ta część wycieczki "zjazdowo" szła mi marnie. Wolno, męczyłem się z trasą, jakoś brakowało płynności w jeździe. Prawdopodobnie winowajcą była tylna opona, Nokian NBX, która bardzo ślizgała się na mokrych kamieniach / korzeniach i liściach, co potwierdził jeden z "towarzyszy niedoli", które te oponki kiedyś używał.

Podjazd z Wapienicy na Błatnią niebieskim szlakiem -noo... nie było łatwo. Ok 400 metrów musiałem wypychać, resztę się udało wjechać, ale było to bardzo mozolne... jednak na końcu satysfakcja była:)



w tym miejscu chyba tylko ja zdecydowałem się jechać

Do czasu kiedy dotarliśmy na Błatnią szlaki zdążyły przeschnąć, a wraz z tym poprawiły się dla mnie warunki do zjazdów - Nokian zaczął trzymać:)



w drodze na Błatnią


ostatnie podejście przed schroniskiem

Krótka przerwa na Błatniej w schronisku, i po chwili dalszy ciąg przejazdu do Szyndzielni.
Na polanach przy Błatniej wręcz huraganowy wiatr - ciężko było w ogóle jechać.


widok na Beskid Śląsko-Morawski z Błatniej


na tej polance... mocno zawiewa:)

Tuż przed Szyndzielnią, kiedy już "rozkręciłem się" na zjazdach na dobre, przy wyprzedzaniu jakoś tak zgrabnie najechałem na kamienie, że złapałem snejka. A raczej stadko snejków, bo zużyłem na łatanie dętki 7 łat...i zabrakło. Puściłem ekipę żeby jechała dalej, a ja sobie doszedłem do schroniska, gdzie udało mi się dorwać super glue i z braku czegokolwiek gumowego zakleiłem dziurę fragmentem worka na śmieci. Podziałało :)

Jako że się już ściemniało, a i nie wierzyłem specjalnie w trwałość workowego rozwiązania, ruszyłem w doł - ponownie - zielonym szlakiem.
Nie wiem czy to przez to, że wiedziałem że muszę być szybko na dole bo zaraz zapadnie zmrok, czy po prostu tak samo z siebie wyszło, ale przejazd na dół był bardzo szybki. Miejsca gdzie parę godzn wczesniej jechałem 15-20 km/h teraz pokonywałem przy 40.
Tym razem udało mi się dokończyć zjazd zielonym szlakiem...
tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć / przejechać.
Świetny, bardzo szybki i przyjemny szlak. Jazda w rynnie / obok rynny po korzeniach, jakieś małe hopki... dobra widoczność, fajny profil koryta, i w efekcie padł tam dzisiejszy mój rekord prędkości - 50,3 km/h;-)

Po zjechaniu na parking dosłownie po 3 minutach dojechała reszta ekipy, która zjeżdżała inną drogą... ale - ja nie żałuję mojej ściezki. Dawno tak dobrze się nie ubawiłem:-)




Track GPS